Zrobiony na szaro

Piotr Nisztor, Gazeta Polska, nr 4/2006

Prowokacja służb specjalnych, polityczne gierki, czy ochrona interesów wartych wiele milionów dolarów – o co naprawdę chodziło w tzw. „aferze Szeremietiewa”, która ciągnie się już ponad cztery lat?

Burza wokół byłego wiceministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa rozpoczęła się na początku lipca 2001 po publikacjach „Rzeczpospolitej”. Z artykułu autorstwa Anny Marszałek i Bertolda Kittela wynika, że jego asystent Zbigniew Farmus prowadził przestępczą działalność. Według dziennikarzy zyski z niej spływały również do kieszeni Szeremietiewa. Zaraz po opublikowaniu artykułu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Najpierw w spektakularny sposób aresztowany został Farmus, a kilka dni później z ministerstwa musiał odejść sam Szeremietiew (przeciwko któremu w połowie 2004 r. sporządzono akt oskarżenia). Nim jednak sąd zajął się sprawą wyrok wydały już media – b. wiceminister oraz jego współpracownik są winni korupcji. Tymczasem mimo, że obydwie sprawy toczą się za zamkniętymi drzwiami. Dowiedzieliśmy się jednak, że kolejne zarzuty przedstawiane przez oskarżenia nie potwierdzają się. – Szeremietiew stanął na drodze wielkim interesom. Nie było więc wyjścia, trzeba go było zniszczyć – tłumaczy GP jeden z nasych informatorów.

Przypomnijmy, że w 1997 r. Szeremietiew zerwał podpisany przez SLD-owski rząd kontrakt na rakiety Rafael. Uznał, że był on niekorzystny dla Polski. Nie było również tajemnicą, że wiceminister sceptycznie podchodzi do kupna amerykańskich F-16 i na pewno nie kupiłby fińskiego transportera opancerzonego Rosomak (obecnie prowadzone jest postępowanie mające wyjaśnić zasadność jego kupna i pojawiły się podejrzenia, że doszło do korupcji). Wartość tych kontraktów wyniosła – bagatela – 25 mld zł.

Klucze do sejfu

Zarzuty wobec b. wiceministra Romualda Szeremietiewa opierały się na zeznaniach dwóch jego współpracowników: mjr Andrzeja Adamczyka – wówczas rzecznika prasowego wiceministra – oraz płk Andrzeja Zdunkiewicza – pracownika jego sekretariatu. Ten pierwszy, jak zeznał w prokuraturze, był świadkiem uzgodnień o charakterze łapówkarskim między Szeremietiewem, a Michałem W. (prezesem jednej z poznańskich kancelarii prawniczych starającej się o uzyskanie obsługi prawnej zakupu samolotu wielozadaniowego). Zdaniem Adamczyka chodziło o łapówkę na kwotę 8 mln dolarów. Potwierdził to także jego kolega, płk Zdunkiewicz, który też miał brać udział w poznańskim spotkaniu. Oprócz nich świadkiem zdarzenia był również inny oficer z sekretariatu Szeremietiewa płk Andrzej Bocheński, który nie potwierdził wersji obydwu świadków.

Adamczyk oraz Zdunkiewicz zeznali również, że otwierali kluczami Szeremietiewa znajdujący się w jego gabinecie sejf, z którego wypadło kilkadziesiąt paczek banknotów – wszystkie o nominałach 200 zł. Świadkiem zdarzenia miała być jedna z sekretarek, której nazwiska nie pamiętali. W celu wyjaśnienia sprawy prokuratura przesłuchała więc wszystkie sekretarki. Zeznały one zgodnie, że Szeremietiew nigdy nie dawał nikomu kluczy do sejfu i nikt w pod jego nieobecność nie otwierał go.

Mógł wykupić nakład

W 2003 r. Adamczyk opublikował książkę, wydaną przez firmę Ostrowski Arms (prezesem firmy jest Andrzej Ostrowski, znajomy gen. Janusza Bojarskiego – zastępcy szefa WSI, wcześniej attache wojskowego w USA) pt. F-16 na polskim niebie. Przetarg stulecia – kalendarium wyboru. Na jednej ze stron można przeczytać, że „pojawiły się pewne nieścisłości związane z obsługą konsultingową przetargu na samolot wielozadaniowy (…) temat ten jest wyjaśniany przez warszawską prokuraturę apelacyjną”. Autorzy nie wspominają jednak, że te niejasności i wyjaśnianie ich przez prokuraturę spowodowane są ich oskarżeniami o łapownictwo Szeremietiewa.

Dwa lata później, w bardzo niskim nakładzie ukazał się kolejna publikacja Adamczyka pt. „5 dni, które wstrząsnęły MON. Afera Romualda Szeremietiewa”. – Na krótko przed promocją książki pewien znajomy przypadkowo informując mnie o niej sugerował, że mógłbym łatwo wykupić cały nakład za kilkanaście tysięcy złotych i mieć spokój – opowiada Szeremietiew. Autor książki próbował udowodnić, że b. wiceminister obrony narodowej brał wysokie łapówki. Nie uwzględnił ani rezultatów śledztwa prokuratorskiego, ani opinii urzędu skarbowego, który po bardzo intensywnym prześwietleniu finansów Szeremietiewa zakończył kontrolę nie dostrzegając żadnych uchybień. Rozprawa b. wiceministra obrony narodowej jest obecnie na etapie przesłuchiwania świadków. Na liście zeznających znajduje się m.in. Bronisław Komorowski. – Jest to sprawa bardzo dla mnie bolesna. W końcu Szeremietiew jest moim kolegą z opozycji, zasłużonym w walce z komunizmem. Mam nadzieję, że sąd go uniewinni – powiedział „GP” obecny wicemarszałek Sejmu.

Operacja „Szary Mietek”

Afera Szeremietiewa bardzo mocno uderzyła także w jego asystenta Zbigniewa Farmusa, który aż 2,5 roku spędził w więzieniu. Obecnie jest na wolności jednak niestety nie chce rozmawiać z dziennikarzami. – Nie ma mu się co dziwić, wygląda na zastraszonego i twierdzi , że jeśli coś powie może stać mu się krzywda – mówi jeden z jego znajomych.

Farmusa zatrzymano trzy dni po ukazaniu się publikacji w „Rzeczpospolitej”. Akcję filmowały kamery telewizyjne. Aresztowania b. asystenta Szeremietiewa dokonali funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa na promie płynącym do Szwecji. Podano, że brawurowa akcja miała na celu uniemożliwienie Farmusowi ucieczki na jednym z pięciu paszportów. Jednak w rzeczywistości ma dwa: polski i kanadyjski. Nie zamierzał również ratować się ucieczką – płynął do Szwecji spotkać się z córką. Nie wiadomo dlaczego funkcjonariusze tajnych służb mimo, że przez cały czas śledzili każdy jego ruch nie dokonali zatrzymania przed wejściem na prom, ale dopiero na Bałtyku. Na wniosek ówczesnego Ministra Obrony Narodowej Bronisława Komorowskiego w akcji wziął udział śmigłowiec marynarki wojennej. – Jeśli się pomyliłem to wiem, że będzie mnie to kosztowało karierę polityczną – wyjaśniał wówczas Komorowski. W rozmowie z „GP” obecny wicemarszałek Sejmu potwierdził, że decyzja o zatrzymaniu Farmusa była słuszna. – Szeremietiew obiecał, że jego asystent nie wyjedzie nigdy za granicę. Jednak obietnica została złamana i trzeba było coś zrobić. Uruchomiłem więc WSI, żeby zastawić pułapkę – mówi Komorowski. Szeremietiew zaprzecza jednak, jakoby skład fał jakieś obietnice. – Komorowski zadzwonił do mnie z pytaniem, gdzie jest Farmus. Odpowiedziałem, że nie wiem, ale pewnie spędza urlop gdzieś w Polsce. Nie było więc żadnej obietnicy – mówi były wiceminister.

Dowiedzieliśmy się, że w akcję o kryptonimie „Szary Mietek” (mającej udowodnić łapówkarstwo wiceministra Szeremietiewa) zaangażowany był także gen. Adam Rapacki. Natomiast samą akcją zatrzymania Farmusa kierował ówczesny zastępca szefa WSI ds. kontrwywiadu płk Kazimierz Mochol. Po całej akcji Bronisław Komorowski wystąpił z wnioskiem do prezydenta Kwaśniewskiego o awansowanie Mochola na stopień generała brygady. – Liczył na to, że dzięki awansowi uda mu się zostać szefem WSI. Jednak Kwaśniewski funkcję tę przewidział dla swojego protegowanego Dukaczewskiego. Tak więc Mochol awansu na generała nie dostał i szefem WSI nie został– mówi jeden z wysokich rangą wojskowych. Dowiedzieliśmy się, że większość funkcjonariuszy biorących udział w akcji pracuje dziś na zagranicznych placówkach m.in. na Słowacji i w Indiach. – W przypadku tej sprawy nie można mówić o prowokacji, ponieważ nie ma ku temu przesłanek. Wówczas informacje, które otrzymałem wskazywały, że mamy do czynienia z korupcją. Potraktowałem więc sprawę bardzo poważnie – mówi Komorowski.

Wyjaśnić może tylko komisja śledcza

Mimo, że proces Farmusa jest utajniony dowiedzieliśmy się, że kolejne zarzuty nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Jeden ze świadków, Andrzej A. (przedstawiciel koncernu Signall), podczas przesłuchania stwierdził, że w budynku Ministerstwa Obrony Narodowej na ul. Klonowej człowiek o nazwisku Zbigniew Farmus domagał się od niego 50 tys. dolarów łapówki. Jednak nie był to ten siedzący na ławie oskarżonych. Z naszych informacji wynika, że Farmus nie miał w ogóle przepustki do siedziby ministra ON przy ul. Klonowej. Mógł tam tylko wejść tylko z kimś, np. razem z wiceministrem Szeremietiewem lub z inną osobą pracującą w budynku ministerialnym. Po za tym, gdyby rzeczywiście wszedł do ministerstwa musiałby pozostać ślad w książce wejść. Jednak jak ustaliliśmy nikt nie sprawdził listy osób wchodzących tego dnia do budynku przy Klonowej. Nie podjęto również żadnych kroków wyjaśniających, kto rzeczywiście rozmawiał z Andrzejem A.

Drugi ze świadków oskarżenia, Bogdan L. – handlarz bronią, obywatel Republiki Południowej Afryki, przyjaciel Marka Barańskiego (b. naczelny Trybuny oddany Leszkowi Millerowi) zeznał, że przez pośrednika przekazał Farmusowi 20 tys. dolarów. Tymczasem ów pośrednik zaprzecza, że przekazywał b. asystentowi wiceministra jakiekolwiek pieniądze. Bogdan L. zeznał, że Farmus żądał od niego 100 tys. dolarów łapówki za ustawienie przetargu na haubicę. Okazało się, że firma zeznającego nie startowała w tym przetargu. Sąd przez wiele miesięcy domagał się przyjazdu do Polski i złożenia osobiście zeznań przez przebywającego w RPA szefa Bogdana L. Zwierzchnik świadka L. przesłał do sądu pismo, w którym zaprzecza jakoby wiedział coś o poczynaniach podwładnego i o przetargu na haubicę.

Podejrzenia nie ominęły również syna Zbigniewa Farmusa, Miłosza, który musiał tłumaczyć się z uczciwie zarobionych pieniędzy oraz zasiadającej na ławie oskarżonych Małgorzaty Sadowskiej. Miała ona rzekomo zaproponować ppłk Tadeuszowi K. (wówczas p.o. dyrektora Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy) układ korupcyjny. Polegał on na tym, że Sadowska w zamian za wstawiennictwo u Szeremietiewa miała żądać od ppłk K. kupowania części samolotowych od jej firmy. Jednak oskarżenie oprócz zeznań ppłk K. nie ma żadnych innych dowodów.

Kolejna rozprawa Farmusa zaplanowana jest na początek lutego. Jak się dowiedzieliśmy oskarżenie nie ma w ręku żadnych dowodów, a zeznający (m.in. B. Komorowski, J. Onyszkiewicz) potwierdzają niewinność b. asystenta Szeremietiewa. Wątpliwe jest jednak, aby wyrok zapadł już teraz. Podobnie jak w sprawie Szeremietiewa sprawa przeciąga się. – Najlepszym sposobem na wyjaśnienie afery Szeremietiewa byłoby powołanie komisji śledczej. W końcu chodzi o kilkanaście miliardów złotych –mówi jeden z naszych informatorów.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej