Zahaczony

Piotr Pytlakowski, Polityka, nr 12/2006

Były wiceminister obrony zniknął ze sceny politycznej w lipcu 2001 r. Najpierw artykuł w gazecie, potem szukanie dowodów. Po dwóch latach zarzuty, po czterech proces opatrzony klauzulą tajności. Ale chociaż bez wyroku, w oczach opinii publicznej już został skazany.

Od pierwszej rozprawy we wrześniu 2005 r. – z listy liczącej 77 nazwisk – przesłuchano zaledwie dziesięciu świadków. W tym tempie dopiero za kilka lat dowiemy się, czy był winien. Romuald Szeremietiew chciałby rozstrzygnięcia już teraz. Ma 60 lat, nie chce, nie ma na to czasu, aby wciąż żyć w niesławie. Od początku składał wnioski o odtajnienie rozprawy: do prokuratury, sądu i ministra sprawiedliwości (jeszcze Andrzeja Kalwasa). Bez skutku. Odmowy motywowano: ze względu na bezpieczeństwo państwa. Ale wyrokowanie oddano w ręce warszawskiego sądu rejonowego. O sprawach dotyczących bezpieczeństwa państwa rozstrzygają dwie ławniczki i młoda asesor sądowa.

Jak na wagę argumentów użytych w artykule „Rzeczpospolitej”, który zapoczątkował sprawę, zarzuty sformułowano banalne: dwukrotne przekroczenie uprawnień w sprawach przetargowych (centrale telefoniczne i samochody osobowo-dostawcze), wymuszenie decyzji (w zamian za obietnice awansu), niedopełnienie obowiązku o ochronie informacji niejawnych i przyjęcie korzyści majątkowej w kwocie ok. 40 tys. zł. Tę korzyść miał stanowić samochód Lancia Kappa, kupiony w Auto Hicie w Tychach za 52 tys. zł., a warty według prokuratora prawie dwa razy więcej. Ale w zamian Szeremietiew oddał dealerowi Fiata własny wóz (Fiat Brava wyceniony na 21 tys.), a kupiona Lancia była uszkodzonym tzw. wozem demonstracyjnym – dlatego jej cenę skalkulowano znacznie poniżej wartości.

Romuald Szeremietiew wszystkie zarzuty odpiera, do winy się nie przyznaje. Ponieważ proces jest tajny, również tajne są argumenty obrony. O niewielkiej wadze zarzutów świadczy zapewne fakt, że oskarżony od początku odpowiada z wolnej stopy. Dojeżdża z Zalesia Dolnego. Mieszka tam wraz z żoną Izabelą w willi postawionej kilka lat temu na ładnej działce wśród drzew. Właśnie posiadanie tego domu według dziennikarzy „Rzeczpospolitej” było dowodem na korupcyjne uwikłania wiceministra obrony narodowej. Wyliczyli, ile kosztował dom, ile działka, i jak to się miało do oficjalnych zarobków ministerialnych. Ponieważ bilans się nie zgadzał, wniosek sam się nasuwał – wiceminister postawił sobie willę z lewych pieniędzy.

Po artykule w „Rzeczpospolitej” urząd skarbowy przez dziewięć miesięcy dokładnie badał źródła pochodzenia środków zainwestowanych w działkę i dom. Nie stwierdził nieprawidłowości, uznał, że rodzina państwa Szeremietiewów miała nadwyżkę legalnych dochodów nad wydatkami.

Nie ma coś za coś

Tuż przed rozpoczęciem procesu Romuald Szeremietiew mówił dziennikarzom: – Skutecznie zamknięto mi twarz, zostałem przedstawiony jako osoba tak skorumpowana, że cokolwiek bym powiedział, zostałoby odebrane, że się tłumaczę.

Nie chciał się tłumaczyć. Sponiewierany i odarty z godności spadł w niebyt. Przyjaciele z opozycji, którzy, kiedy odchodził, wciąż trwali na państwowych posadach, przestali go dostrzegać. Dla jednych nie istniał, bo uwierzyli, że ma lepkie ręce. Dla innych, bo chociaż nie uwierzyli, uznali, że bezpieczniej zadżumionego nie dotykać.

Leszek Moczulski, założyciel Konfederacji Polski Niepodległej, należał do tych nielicznych, którzy nie odwrócili się od Szeremietiewa. W PRL działali razem, narażali się, siedzieli, to ludzi zbliża. W połowie lat 80. ich drogi rozeszły się. – Ja byłem za działalnością jawną, on wolał konspirować – mówi Moczulski. – Ale to było zwyczajne polityczne rozstanie. Nadal uważałem go za odważnego, uczciwego człowieka. Miał w sobie poczucie misji, typ państwowca, który nie uznaje dróg na skróty.

W 1981 r. siedzieli razem na ławie oskarżonych w procesie działaczy KPN. Moczulski dostał siedem, Szeremietiew pięć lat. Siedzieli w ciężkim więzieniu w Barczewie. – Romek zapadł tam na chorobę serca – mówi Moczulski. – Ale nawet pozbawiony opieki lekarskiej nie ugiął się, nie załamał.

Po 1990 r. wielu działaczy dawnej opozycji wyciągnęło ręce po odszkodowania za doznane krzywdy. Szeremietiewowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby domagać się pieniędzy. Przesiedział prawie cztery lata, dostałby niezłą sumkę. – Kiedy wspomniałem mu, że jest taka możliwość, aż się żachnął – wspomina inny znajomy z czasów PRL. – Skrzywdziła mnie tamta Polska, nie będę żebrał od tej, o którą sam walczyłem, tak tłumaczył. Dlatego nie mieści mi się w głowie, że postawione mu zarzuty o korupcję mogą być prawdziwe.

Moczulski, z wykształcenia historyk, autor wielu prac naukowych, nie kryje uznania dla historycznej pasji Szeremietiewa. – Świetnie się zapowiadał, napisał doskonałe studium o polityce polskiej przełomu lat 20. Ale potem zafascynował się wojskowścią.

Na początku lat 90. doszło między nimi do konfliktu. Moczulski był w grupie przeciwników rządu Jana Olszewskiego, w którym Szeremietiew pełnił funkcję wiceministra obrony narodowej. – To było wyłącznie polityczne starcie – tłumaczy Moczulski. – Dziwiła mnie jego przynależność do tego obozu, bo Romek był z przekonań piłsudczykiem dalekim od endeckich naleciałości. Ale jednego jestem pewien. Nigdy nie był koniunkturalistą, nie było u niego coś za coś.

Andrzej Smirnow, dzisiaj poseł PO, a w czasie wybuchu afery Szeremietiewa parlamentarzysta AWS, mówił na gorąco w Radiu Zet, że nie wierzy w winę Romualda. Wyłamał się wtedy z panującego tonu potępień dla wiceministra. – To wynikało z wewnętrznego przekonania, nie miałem przecież wiedzy co do szczegółów. Do dzisiaj jej nie mam – tłumaczy. – Ale ja go znałem w dawnych czasach, był dzielnym i uczciwym człowiekiem. To chyba niemożliwe, aby nagle stał się draniem.

Syn radzieckiego oficera

Romuald Szeremietiew urodził się na wsi pod Białymstokiem w 1945 r. W jego mamie zakochał się rosyjski oficer ubrany w polski mundur. Służył w I Armii WP, jak wielu Rosjan skierowany tam rozkazem, „dla wspomożenia polskich sojuszników”. Ale losy oficera o nazwisku Szeremietiew potoczyły się inaczej niż innych. Dla Polki z białostockiej wsi przyjął katolicyzm, wziął z nią ślub kościelny i zdezerterował z armii. Ukrywał się, a wokół domu młodej żony NKWD ustawiło czujki. Dwa tygodnie po narodzinach Romualda jego ojciec zakradł się, aby spojrzeć na synka. I to był jedyny raz, kiedy były radziecki żołnierz miał kontakt z dzieckiem i żoną. Do domu wpadli enkawudziści i zabrali go ze sobą. Prawdopodobnie za dezercję został skazany na śmierć, ale nawet nie wiadomo, gdzie go pochowano.

Romuald po maturze zdawał na ASP w Poznaniu, marzył, że zostanie grafikiem, miał uzdolnienia plastyczne. Ale miejsc było tylko siedem, a kandydatów ze dwustu, przepadł. Ukończył wydział prawniczy Uniwersytetu we Wrocławiu, ale nigdy go ta specjalizacja nie pochłonęła. Na studiach poznał Izę, dziewczynę z podwarszawskiego Zalesia. Studiowała rusycystykę. Kilka lat później została jego żoną.

Na początku lat 70. Szeremietiew podjął pracę w PAX. Zorganizował i stanął na czele oddziału w Lesznie. Szef PAX Bolesław Piasecki kolaborował z władzą na dobre, kiedy Szeremietiew związał się z ruchem niepodległościowym. Piasecki takiej niesubordynacji nie tolerował, wywalił go z PAX. Zaraz potem Szeremietiew z Leszkiem Moczulskim założyli KPN. Po kilku latach odszedł i stworzył własną partię – Polską Partię Niepodległościową. W 1992 r. jako wiceminister obrony w rządzie Jana Olszewskiego nadzorował pion wychowawczy w wojsku. To z tego okresu wywodzi się niechęć do niego grupy wyższych oficerów. Sam sprowokował te animozje. Publicznie twierdził, że niektórzy wojskowi wciąż współpracują z byłym państwem sowieckim. Przyznał, że to na jego rozkaz niektórym zakładano podsłuchy. W 1995 r. na Akademii Obrony Narodowej obronił pracę na temat obronności Rzeczpospolitej Polskiej. Został doktorem nauk wojskowych i ze stopnia starszego szeregowca awansował na podporucznika rezerwy.

Z ramienia Ruchu dla Rzeczpospolitej współzakładał AWS. W rządzie Jerzego Buzka ponownie przypadł mu stołek wiceministra obrony. Miał większe ambicje, uważał, że na wojsku zna się lepiej niż jego szefowie – najpierw minister Janusz Onyszkiewicz, potem Bronisław Komorowski. W resorcie był trochę outsiderem, obaj szefowie nie darzyli go zaufaniem. On chętnie by ich zastąpił, oni, gdyby mogli, wymusiliby jego odejście.

Czarne chmury

Chociaż ministerstwem obrony narodowej rządzili cywile, to karty rozdawali oficerowie. Istniały (istnieją nadal?) skonfliktowane ze sobą grupy interesów. Po każdych wyborach do cywilnych ministrów i ich zastępców lgnęli pułkownicy i generałowie. Próbowali zdobywać zaufanie nowych szefów. Swoje tajne gry prowadzili na ministerialnych korytarzach spece z WSI. Ich specjalnością były haki zdobywane na ministrów. Wokół Szeremietiewa natychmiast strategiczne pozycje zajęło kilkunastu wojskowych. Zdobyli jego zaufanie, co chyba było nietrudne. Uważali go za człowieka trochę naiwnego.

Okres rządów AWS (1997–2001) był dla armii czasem przełomu. Polska weszła do NATO, ważyły się losy kosztownych kontraktów na uzbrojenie. Przetargi nadzorował pion kierowany przez Szeremietiewa. Pierwszy skandal wybuchł, kiedy pod naciskiem wiceministra unieważniono zawarty przez poprzedni rząd (SLD–PSL) kontrakt na zakup rakiet z Izraela. – Myślę, że wielu na tym straciło, chociaż budżet zyskał. Zaprzysięgnięto mi zemstę – ocenia Szeremietiew.

W grudniu 2000 r. złożył ministrowi Komorowskiemu plan zakupu uzbrojenia, ale koncepcja nie spodobała się szefowi. Dopiero po pół roku minister podpisał plan, ale wyłączył z niego kilka pozycji (m.in. przetarg na kołowy transporter opancerzony, który został zakupiony dopiero przez następny rząd Leszka Millera, sprawa do dzisiaj budzi kontrowersje, bo sprzęt nie spełnia oczekiwań). Najważniejszym kontraktem był zakup samolotu wielozadaniowego.

Zbliżał się termin rozstrzygnięcia przetargu. Startowały trzy potężne konsorcja ze swoimi maszynami: szwedzko-brytyjskim Grippenem, francuskim Mirage i amerykańskim F-16. Za kulisami toczyły się intensywne negocjacje. Na stronę polską naciskały także rządy państw zainteresowanych sprzedażą swoich samolotów. Szeremietiew, chociaż dzisiaj twierdzi, że do chwili otwarcia ofert nie miał swojego faworyta, w gruncie rzeczy sprzyjał ofercie amerykańskiej, chociaż kształt kontraktu wyobrażał sobie inaczej. Uważał, że F-16 to już maszyna odchodzącej generacji. Wiedział, że trwają intensywne prace nad wdrożeniem produkcji F-35. Dlatego zamierzał przeforsować wydzierżawienie od Amerykanów kilkudziesięciu samolotów F-16, a po latach zakupić wraz z offsetem nowoczesne F-35. Ale dla rządu Buzka (podobnie jak dla gabinetu Millera) najważniejszy był offset, nie chciano z nim czekać latami. Wokół Szeremietiewa zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Asystentem wiceministra (i przyjacielem) był Zbigniew Farmus, Polak z kanadyjskim paszportem. Poznali się w połowie lat 80. Farmus – działacz Polonii kanadyjskiej – gościł wtedy u siebie w domu przebywającego w Kanadzie Szeremietiewa. Zdobył jego całkowite zaufanie. Do tego stopnia, że kiedy w 1992 r. po raz pierwszy zostawał wiceministrem, ściągnął z Kanady Farmusa i ulokował go w MON. Podczas kolejnej odsłony w 1997 r. powtórzył ten manewr.

Farmusa w resorcie nie lubiano. Wtrącał się w nie swoje sprawy, trochę szarogęsił. Uczestniczył w organizacji przetargów. Plotkowano, że na boku ubija własne interesy. To właśnie działalność Farmusa ułatwiła późniejszy atak na wiceministra Szeremietiewa. Ten do końca deklarował zaufanie do swojego asystenta. Dzisiaj też twierdzi, że Farmusa wrobiono. Czy tak było, pokaże wyrok w procesie byłego asystenta wiceministra. Toczy się przed stołecznym sądem rejonowym i spodziewany jest w drugiej połowie tego roku.

Haki i haubice

Kiedy w lipcu 2001 r. „Rz” opublikowała artykuł „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, minister Komorowski ujawnił, że od dawna docierały do niego pogłoski, że w pionie nadzorowanym przez Szeremietiewa źle się dzieje. Dlatego zlecił WSI działania kontrwywiadowcze. Mówił z żalem, że publikacja przeszkodziła w zebraniu dowodów, zabrakło kilkunastu dni. Nie chciał jednak ujawnić źródeł tych pogłosek. – Nadal wiąże mnie w tym względzie tajemnica – mówi dzisiaj. Chociaż upłynęło już prawie pięć lat, nie chce komentować sprawy Szeremietiewa.

Od komentarza nie uchyla się natomiast gen. Sławomir Petelicki, twórca jednostki GROM. Przed laty doradzał Szeremietiewowi, który opracowywał przed wyborami 1997 r. dla AWS program dla armii pod nazwą „Tarcza i miecz”. – Temu człowiekowi zrobiono wielką krzywdę – uważa. – Obawiano się, że doprowadzi do rozstrzygnięcia przetargów zbrojeniowych, zanim skończy się kadencja rządu AWS. Na ten przetarg chrapkę miał już SLD. I o to mam pretensje do ministra Komorowskiego, że zamiast wspomóc swojego wiceministra, wypiął się na niego i oddał przysługę następcom.

Przetarg na samoloty wielozadaniowe miał się rozstrzygnąć 14 września 2001 r. Trwał więc wyścig z czasem. Po zdymisjonowaniu w lipcu Szeremietiewa prace nad zakupem samolotów wstrzymano.

Bezpośrednią przyczyną dymisji była ucieczka Farmusa. Ale czy asystent rzeczywiście uciekał? Złapano go na promie płynącym do Szwecji, sfilmowano i pokazano w telewizji akcję oficerów UOP, którzy na prom dostali się helikopterem i tą samą drogą przetransportowali go do kraju. Ogłoszono, że miał przy sobie cztery paszporty. Ale prokuratura na gorąco żaliła się, że nie ma żadnych dowodów jego winy, więc na dobrą sprawę wcale go nie poszukiwała. Okazało się też, że miał nie cztery, ale dwa paszporty, polski i kanadyjski, a do Szwecji płynął na spotkanie z przebywającą tam córką.

Gorączkowo poszukiwano dowodów na Farmusa. Wysłano oficerów UOP do RPA. Przesłuchali tam Bogdana L., przedstawiciela południowoafrykańskiej firmy zbrojeniowej, który, jak ustalono, był jednym z informatorów „Rz”. To właśnie zeznania L. stały się podstawą późniejszego aktu oskarżenia. Twierdził on, że Farmus domagał się 100 tys. dol. łapówki za korzystne rozstrzygnięcie przetargu na haubice. Problem polegał na tym, że firma Bogdana L. nie uczestniczyła w tym przetargu, a jego szef w pisemnym oświadczeniu stwierdził, że nie upoważniał Bogdana L. do prowadzenia rozmów w tej sprawie.

Szukano też dowodów na Szeremietiewa. Dzięki pomocy WSI znaleziono kilka haków, ale nie pokrywających się z zarzutami sformułowanymi przez anonimowych rozmówców autorów publikacji w „Rz”. O stosowanych metodach świadczy doniesienie do prokuratury wojskowej złożone przez b. szefa sekretariatu wiceministra Szermietiewa. Twierdził, że dwóch pułkowników (jeden z WSI, drugi znany jako rzecznik dowództwa wojsk lądowych) próbowało wymusić od niego informacje kompromitujące byłego szefa. Prokuratura umorzyła postępowanie, bo nie znalazła dowodów potwierdzających szantaż. Ciekawe są też losy zarzutu o korupcyjne nabycie przez wiceministra auta Lancia Kappa. Ten wątek umorzył znany warszawski prokurator Jerzy Mierzewski (ten od mafii pruszkowskiej), bo nie stwierdził przestępstwa. Zaprotestował ówczesny zastępca prokuratora generalnego Kazimierz Olejnik. I polecił innej prokurator, aby jednak dołączyła zakup samochodu do listy zarzutów. Mierzewskiego od sprawy odsunięto.

Nie wiemy, czy Romuald Szeremietiew jest winny zarzucanych mu czynów. Rozstrzygnie to proces. Ale tej sprawie nadal towarzyszy wiele wątpliwości. Zgodnie z zasadą polskiego prawa karnego, dopóki wina nie zostanie dowiedziona, istnieje domniemanie niewinności.

Szeremietiew tak naprawdę już został skazany. Stracił dobre imię, przerwał działalność polityczną. I musi milczeć, bo wiąże go klauzula tajemnicy procesowej. Żyje skromnie z wykładów na prywatnej uczelni. Żona jest kierowniczką biblioteki publicznej w Zalesiu. – Ona stąd pochodzi, z zasiedziałej i licznej rodziny. W Zalesiu nic się nie ukryje. Rodzina i sąsiedzi widzą, jak żyliśmy, jak żyjemy. I to mnie trzyma na duchu, oni nie wierzą, że zrobiłem coś złego – mówi Romuald Szeremietiew. Ma nadzieję, że o swojej niewinności przekona też nierychliwy sąd.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej