Polskie nazwisko – Szeremietiew

Miesięcznik Regionalny „Nowa Elita” Leszno, nr 52, czerwiec 2007

Mieszkał Pan przez wiele lat w Lesznie, ale nie jest Pan rodowitym „leszczyniakiem”, co sprawiło, że zamieszkał Pan w naszym mieście?

– W 1975 r. byłem działaczem Stowarzyszenia PAX i zostałem przewodniczącym tej organizacji w nowo utworzonym województwie leszczyńskim. Jednocześnie działałem w konspiracji, byłem członkiem kierownictwa Nurtu Niepodległościowego. A więc znalazłem w Lesznie jako „reżimowy” aparatczyk, byłem nawet radnym wojewódzkim, a jednocześnie „knułem” jak obalić rządy PZPR.

Jak długo udało się Panu tak funkcjonować?

– Około dwu lat. Służba Bezpieczeństwa odkryła moje spiskowanie w PAX-ie, chociaż nic nie wiedziała o NN. Przerazili się moich rosnących wpływów i możliwości przekształcenia Stowarzyszenie w organizację opozycyjną. Uruchomiono przeciwko mnie specjalną operację pod kryptonimem „Burza”, a mnie zakwalifikowano jako tzw. figuranta, osobę rozpracowywaną, nadano mi miano „Taktyk”.

Tak więc Pan wpadł.

– No nie zupełnie. Kiedy po latach miałem okazję poznać dokumenty SB na temat tej sprawy to z przyjemnością przeczytałem, że esbecy z pewnym przerażeniem odnotowali, że nie mają w moim otoczeniu żadnych agentów. Tak więc mnie ze stanowiska, a później w ogóle z PAX-u wyrzucono, ale „esbecja” wszystkiego nie wiedziała, skoro moim następcą na stanowisku został konspirujący ze mną Eugeniusz Matyjas. Dodam, późniejszy szef „Solidarności” i następnie wojewoda leszczyński.

Po 1989 r. przeniósł się Pan do Warszawy i tam osiągnął Pan wysokie stanowiska państwowe, był Pan ministrem i dwa razy wiceministrem obrony narodowej, posłem na Sejm…

– A w 2001 r. okazało się, że jestem podejrzanym o korupcję…

No właśnie. Kiedy ta afera wybuchła wielu uwierzyło w to co podawały media. Dziś wiadomo, że tamte zarzuty nie potwierdziły się, a w grudniu 2006 r. sąd uniewinnił od zarzutu łapownictwa Pańskiego asystenta, który miał być – jak twierdziła „Rzeczpospolita” – „kasjerem” biorącym przeznaczone dla Pana łapówki.

– No tak, „kasjerowi” w marcu br. sąd zwrócił paszport i w kwietniu odleciał on do Kanady, do rodziny. Tym razem, inaczej niż w 2001 r., odbyło się bez interwencji służb specjalnych, nikt nie zawrócił samolotu, a i prasa jakoś o tym milczy. Ja mam mniej szczęścia. Mój proces zaczął się w końcu września 2005 – akt oskarżenia pichcono kilka lat, następnie leżał on w sądzie od połowy 2004 r. Proces szedł w ślimaczym tempie, ale gdzieś tak przy końcu 2006 r. nabrał przyspieszenia i już wydawało się, że zmierzamy ku końcowi, gdy okazało się, że sądząca mnie pani asesor – sprawa jest w sądzie rejonowym – młoda osoba, jest w ciąży i wkrótce urodzi. Tak też się stało. I odtąd procesu nie ma. Nic się nie dzieje.

A tymczasem w prasie donoszono, pisał o tym chociażby „Newsweek”, że ma Pan wrócić do MON.

– Dziwią mnie takie dywagacje. Czy można sobie wyobrazić, aby premier rządu proponował stanowisko w tzw. resorcie „siłowym” komuś, kto jest ścigany za korupcję?

Chyba nie ma Pan racji? Wiele osób uważa, że całą tę „aferę” wywołano celowo, aby odsunąć Pana od ważnych zakupów uzbrojenia, zwłaszcza samolotu i sądzi, że jest Pan niewinny.

– Wiem, że jestem niewinny, ale jest też oskarżenie, postępowanie przed sądem i nie ma wyroku uniewinniającego. Ta sytuacja nie pozwala więc na snucie jakichkolwiek planów w sprawie mojego powrotu do działalności publicznej, w tym do MON.

Jednak znajomi, którzy mają dobre kontakty z wojskowymi twierdzą, że cieszy się Pan w wojsku sporym autorytetem. Zresztą można znaleźć Pańskie wypowiedzi na internetowych forach wojskowych. Wypowiada się Pan na tematy uzbrojenia, warunków służby, także w sprawach bezpieczeństwa narodowego.

– Owszem, sprawy wojska nie są mi obojętne. Śledzę wszystko co się dzieje w obronności, czytam prasę i publikacje fachowe na te tematy. Nawet zawodowo – jestem profesorem na prywatnej uczelni – wykładam przedmiot, który nosi nazwę „administracja bezpieczeństwa państwa”. Jestem też blisko związany z fundacją „Grom”. Spotykam często żołnierzy i dość często słyszę pytanie: „kiedy Pan do nas wróci Panie ministrze?”

Wobec tego Panie ministrze nie uprzedzając powrotu do MON chcielibyśmy zadać kilka pytań na temat związane z wojskiem.

– Proszę pytać.

No to sprawa rozwiązania Wojskowych Służ Informacyjnych. Słyszy się opinie, że min. Macierewicz zrobił przysługę Rosjanom ujawniając metody działania WSI. Tak naprawdę zlikwidował wojskowy kontrwywiad, a i z wywiadu nic nie będzie.

– Chyba jednak nie. Znaczna część wyższych kadr WSI była szkolona w sowieckim GRU. Czy można założyć, że metod działania i tych ludzi obecna rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa nie zna? A więc wyrzucenie z WSI ludzi znanych Rosjanom i zatrudnienie nowych, których oni nie znają dopiero rodzi szansę utworzenie prawdziwie polskiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. To nie będzie proces prosty, łatwy i przyjemny, ale KONIECZNY!

Jednak w mediach pojawił się i taki zarzut, że w raporcie o WSI obciążono odpowiedzialnością za fatalne funkcjonowanie służb wszystkich ministrów obrony za wyjątkiem Jana Parysa i Pana. Jeden z dziennikarzy napisał, że Macierewicz nie chciał oskarżać swoich kolegów.

– To prawda, że Parys i ja znamy Macierewicza, ale zapytam, czy było nas o co obwiniać? Minister Parys, zmienił szefa WSI adm. Czesława Wawrzyniaka, zaufanego min. Wachowskiego z kancelarii prezydenta Wałęsy. A powszechnie wtedy twierdzono, że Wachowski jest kimś bardzo wpływowym, kto „trzęsie” państwem. Na szefa służb Parys powołał oficera z tzw. linii, gen. Mariana Sobolewskiego. Minister przejmował kontrolę nad służbami. Ta decyzja Parysa była tzw. ostatnią kroplą, która spowodowała jego dymisję ze stanowiska ministra obrony. Lech Wałęsa nie mógł darować Parysowi samodzielności w kierowaniu resortem, także w dziedzinie służb.

A po Parysie szefem MON został Pan?

– Tak, w kwietniu 1992 r. Kontynuowałem to co robił Parys. Zamierzałem podzielić WSI na oddzielne instytucje wywiadu i kontrwywiadu. Zdążyłem powołać nowego zastępcę szefa WSI, który miał kierować odrębnym pionem kontrwywiadu. Gen. Sobolewski – wywiadem. Upadek rządu premiera Jana Olszewskiego w nocy 4 czerwca 1992 r. zniweczył ten zamiar. Pamiętam, jak w momencie wielkiego napięcia w relacjach prezydent Wałęsa – premier Olszewski byłem „kuszony” przez Belweder pozostaniem na stanowisku w MON, m.in. w zamian za przywrócenie adm. Wawrzyniaka na stanowisko szefa WSI. Zostałem wraz z całym rządem odwołany. Na moje miejsce przyszedł Janusz Onyszkiewicz z Unii Wolności. Spotkało mnie przy tym specjalne wyróżnienie – mnie i Antoniego Macierewicza, który wtedy był ministrem Spraw Wewnętrznych. Otóż premier Waldemar Pawlak wydał polecenie, aby nas obu nie wpuszczać na teren naszych ministerstw. A min. Onyszkiewicz poszedł dalej – rozkazał, by nie wpuszczano mnie także na teren wszystkich jednostek wojskowych. Jak powiedział mi dowódca jednego z pułków – „panie ministrze, coś takiego to nawet Rokossowski by nie wymyślił”.

No i trzeba było czekać kilkanaście lat, aby powstały odrębne służby wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.

– Gdyby doszło to tego, co planowałem, w 1992 r., to dziś nie trzeba byłoby rozwiązywać WSI i najpewniej nie byłoby raportu przedstawiającego różne ciemne sprawki służb wojskowych.

Innym tematem często komentowanym w mediach jest sprawa uzbrojenia żołnierzy wysyłanych do Afganistanu, zwłaszcza jeżeli chodzi o transportery opancerzone „Rosomak”. Czy to tylko „opancerzona taksówka” jak napisał jeden z dziennikarzy, czy pełnowartościowy sprzęt?

– Przygotowywałem procedurę zakupu transportera i pamiętam jakie były przesłanki tej decyzji. Po upadku komunizmu pojawiły się liczne konflikty lokalne w których trzeba było stosować działania przywracające pokój. Do tych działań potrzebne było wojsko uzbrojone w lekki sprzęt opancerzony. Polska miał na uzbrojeniu czołgi i wozy bojowe piechoty – wozy na gąsienicach. Ten sprzęt nie odpowiadał nowym zadaniom. Biorąc więc pod uwagę udział w misjach pokojowych uznaliśmy, że trzeba dokonać zakupu kołowych transporterów. Ich liczbę określiliśmy wówczas na ponad 200 szt., co było ilością wystarczającą na potrzeby „misyjne”. Przy czym było oczywistym, że transporter musi być skuteczny w sytuacji, gdy przeciwnik (partyzant) będzie atakował i powinien mieć odpowiednie opancerzenie oraz uzbrojenie zapewniające skuteczność w starciu z partyzantami. Tzw. Wymagania Techniczno-Taktyczne przygotowali wojskowi i pamiętam jakie miały być procedury wyboru transportera. Zakładałem, że kupimy licencję na jego produkcję, a producentem będzie polski zakład. Min. Komorowski, na przygotowanym przeze mnie planie zakupów uzbrojenia na 2001 r. napisał „nie wyrażam zgody”. W lipcu 2001 r., po odwołaniu mnie z MON, Komorowski zwolnił ze stanowiska mojego podwładnego dyr. Departamentu Zaopatrywania MON. Na jego miejsce powołał swego przyjaciela z Gabinetu Politycznego MON i jemu polecił zakup transportera. Ten kontynuował postępowanie już pod kierownictwem ministrów z SLD Jerzego Szmajdzińskiego i Janusza Zemke. Kupił transporter „Patria” z Finlandii, który nazwano „Rosomakiem”. Został też zaraz po tym awansowany przez prez. Kwaśniewskiego na wniosek min. Szmajdzińskiego na stopień generała brygady. Dziś byłemu już dyrektorowi, koledze Komorowskiego, prokuratura stawia zarzuty karne, także w związku z zakupem transportera (ma ich więcej, ale w innych sprawach). Natomiast raport o likwidacji WSI wymienił zakup ten jako podejrzany i sprawa jest w sądzie.

„Rosomak” nie spełnia zakładanych przez Pana wymagań?

– Nie mam dostępu do odpowiednich danych więc nie mogę precyzyjnie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale skoro minister Szczygło zapewnia, że „Rosomak” nie trafi do Afganistanu, jeżeli testy dodatkowego opancerzenia nie potwierdzą jego przydatności bojowej, to mam prawo sądzić, że coś jest nie w porządku. Już fakt, że wozy pancerne trzeba dodatkowo opancerzać musi budzić zdziwienie? Szkoda, że nie mogę zobaczyć co moi następcy zmienili w wymaganiach i procedurach zakupu i w oparciu o jakie przesłanki podejmowała decyzję komisja przetargowa MON kupująca transporter.

No to zapytamy o inne uzbrojenie pancerne. Warto kupować od Niemców czołgi „Leopard”? MON podobno zamierza je kupić, a związkowcy z przemysłu zbrojeniowego protestują.

– Zależy co chcemy osiągnąć dokonując takiego zakupu. Kiedy strona niemiecka zwróciła się do nas z ofertą nieodpłatnego przekazania używanych „Leopardów” – byłem wówczas wiceministrem odpowiedzialnym za zakupy uzbrojenia – moja propozycja (w 2001 r.) była następująca: przyjąć setkę „Leopardów” i nawiązać bliską współpracę przemysłów pancernych Polski i Niemiec. Wspólnie podjąć pracę nad nowym czołgiem. Ta współpraca było całkiem realna bowiem po moim zaprezentowaniu stanowiska w Berlinie zgłosiły się do nas takie firmy Krauss-Maffei i Rheinmetall z deklaracją podjęcia współpracy z polskimi firmami. Ponadto chciałem uzyskać prawo remontów i obsługi czołgów „Leopard” z naszym udziałem w przetargach na ich obsługę także dla innych armii natowskich. W grudniu 2001 r. min. Szmajdziński podpisał umowę przejęcia od Niemców „Leopardów”. Moje propozycje warunkujące przejęcie czołgów nie zostały wykonane.

Jakie były wady takiego przejęcia czołgów?

– W Polsce wytwarzamy amunicję czołgową, większość podzespołów i części zamiennych oraz smary. Mamy także warsztaty remontowe i specjalistyczne oprzyrządowanie do bardziej skomplikowanych napraw fabrycznych. Ale jest to zaplecze dla wozów T-72 i PT91 „Twardy”, diametralnie innych od „Leopardów”. Dziś wszystko do „Leopardów” trzeba sprowadzać zza Odry. Pancerniacy mówili mi, że nawet olej jest wymieniany po niemieckiej stronie granicy. Wojsko Polskie ma dziś dwa systemy czołgowe, a więc dwa procesy szkolenie pancerniaków i dwa rodzaje zabezpieczenia logistycznego, czyli powstają ogromne koszty, a nie ma możliwości zmniejszenia tych kosztów nie wspominając o współpracy przemysłów.

Czyli nie ma to sensu?

– Miałoby sens, gdyby stało się początkiem bliskiej współpracy przemysłów pancernych Polski i Niemiec i zapoczątkowało zmianę uzbrojenie naszych wojsk pancernych w przyszłości. Ale tylko wtedy. Przejecie pierwszej setki „Leopardów” nie przyniosło takich rezultatów. Może tak będzie w przypadku drugiej setki?

Panie Ministrze, zaczęliśmy naszą rozmowę od pytania jak Pan trafił do Leszna. A skąd w Polsce wziął się Szeremietiew, to przecież nie jest polskie nazwisko.

– To prawda. Właśnie czytam książkę Orlando Figesa „Taniec Nataszy” o dziejach kultury rosyjskiej. Jest w niej wiele o zasługach hrabiów Szeremietiewów dla kultury Rosji. Szeremietiewowie byli też wybitnymi dowódcami wojskowymi, np. feldmarszałek Borys Szeremietiew. Jest to więc znany ród rosyjski. Mój ojciec był Rosjaninem, oficerem sowieckim skierowanym do I. Armii WP gen. Berlinga i razem z nią przyszedł do Polski. Poznał moją mamę, przyjął katolicyzm, ożenił się i zdezerterował z wojska nie chcąc przyczyniać się do niewolenia Polski. Ukrywał się, został aresztowany, wywieziony do ZSRR i do nas nie wrócił. Ostatnio dowiedziałem się, że nie był jedynym Szeremietiewem, który tak postąpił. W czasie powstania styczniowego 1863 r. z wołgodzkiego pułku tłumiącego powstanie zdezerterował Stefan Szeremietiew. Walczył następnie w szeregach powstańczej żandarmerii narodowej, został pochwycony przez Rosjan i powieszony na rynku w Ostrowcu 28 kwietnia 1863 r. I wspomnienie z mojego życiorysu. W 1981 r. byłem wraz z kolegami sądzony za działalność niepodległościową w KPN. Przewodniczący składu sędzia Jankowski, do dziś zresztą orzekający, zwrócił się do mnie: „Oskarżony upiera się, że prowadził polską działalność patriotyczną, a przecież ma rosyjskie nazwisko”. Odpowiedziałem: „Tak jest panie sędzio, Szeremietiew to nazwisko rosyjskie, a Rokossowski polskie”.

Dziękujemy za rozmowę.

(czerwiec 2007)


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej