Polska „strategia odstraszania”

Inny aspekt działań nieregularnych

„Przegląd Wojsk Lądowych” opublikował niektóre referaty wygłoszone w Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, na sympozjum naukowym poświęconym zagadnieniu działań nieregularnych. Nie ulega wątpliwości, że po doświadczeniach wojny w Wietnamie i w Afganistanie zagadnienie działań nieregularnych musiało stać się tematem rozważań i analiz. Wnioski powinny znaleźć swe ucieleśnienie w procesach szkolenia żołnierzy i przygotowaniach, także naszego kraju, do obrony. Wydaje się jednak, że w naszym przypadku kwestia działań nieregularnych (partyzanckich) nie powinna ograniczać się do poziomu taktyki walczących pododdziałów; uznania tych działań jedynie za pomocnicze na rzecz wojsk regularnych; wymuszonych przez okrążenie czy rozbicie walczących batalionów i brygad armii regularnej. Myślę, że ten problem może mieć dla nas inny, szerszy wymiar. Powstaje bowiem pytanie, czy polskie doświadczenia powstańcze i partyzanckie nie powinniśmy zanalizować i twórczo przystosować dla potrzeb współczesnej polskiej koncepcji strategii wojskowej (obronnej).

Począwszy od 1989 r. Polacy zaczęli budować system obrony państwa, które powstało w następstwie upadku komunizmu i rozpadu Związku Radzieckiego. Istniejący w okresie PRL system obronny okazał się nieomal całkowicie nieprzydatny. Obecna Polska jest jak dotąd państwem bez sojuszników, zmuszonym budować armię, która powinna być zdolna do obrony w przypadku agresji z zewnątrz. Nasi sąsiedzi już dziś dysponują armiami, które zdecydowanie górują nad Wojskiem Polskim liczebnością i nowoczesnością uzbrojenia. Występuje też duża dysproporcja w wielkości nakładów na obronę. Wprawdzie jak dotąd nic nie wskazuje, aby groził nam bliski konflikt zbrojny z Rosją, Niemcami czy Ukrainą, ale to wcale nie oznacza, że taki stan będzie trwał wiecznie. Geopolityczny dylemat Polski, kraju leżącego „między Niemcami a Rosją”, dwoma wielkimi potencjałami militarnymi, staje ponownie jako wyzwanie przed kierownikami polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Obawy Polaków, którzy wciągu ostatnich 200 lat ulegali przemocy sąsiadów nakazują nam poszukiwanie rozwiązań, które zagwarantują Polsce bezpieczeństwo. Jednym ze sposobów zapewniających eliminację lub chociażby tylko minimalizację zagrożeń byłoby wstąpienie Polski do NATO. Cóż jednak się stanie, jeżeli nasz kraj nie zdąży pokonać występujących w tej mierze oporów na Zachodzie, a sytuacja w naszej części Europy ulegnie destabilizacji i powstanie realne zagrożenie militarne? Polska znajdzie się wówczas w bardzo trudnym położeniu. Pamięć zdarzeń z 1 i 17 września 1939 r. nakazuje nam zachowanie stosownej ostrożności. Wiele razy historycy i publicyści zarzucali politykom II Rzeczypospolitej, że zmarnowali szanse zapobieżenia wojnie. W rezultacie Wojsko Polskie stanęło w obliczu „niewykonalnego rozkazu” – nie mogło obronić kraju. Trudno dziś z całą pewnością, czy politycy II RP mogli realnie stworzyć system powiązań międzynarodowych i sojuszy wojskowych gwarantujący Polsce bezpieczeństwo. Jedno jest pewne: okres poprzedzający wybuch wojny był istotny dla stosunku sił na późniejszym polu walki.

Angielski teoretyk wojskowości B. Liddell Hart napisał, że „wyrazem doskonałej strategii byłoby osiągnięcie celu bez poważnej walki” . Praktycznym wyrazem tego stwierdzenia było sformułowanie „strategii odstraszania” jako sposobu na zniechęcenie potencjalnego agresora przed wywołaniem wojny. „Odstraszanie ma na celu powstrzymanie wrogiego mocarstwa od podjęcia użycia swojej broni lub, mówiąc bardziej ogólnie, od działania lub reagowania na działanie w określonej sytuacji” . Generał A. Beaufre, autor tej definicji wśród celów odstraszania wymienia nie tylko zachowanie pokoju i integralności terytorialnej państwa, ale także paraliżowanie oporu przeciwnika wobec działań własnych. Podstawowym czynnikiem w odstraszaniu wrogów Francji są siły nuklearne, Force de Frappe, które wprawdzie nie mogły się równać z potęgą nuklearną ZSRR, ale były w stanie zadać takie straty, że tym samym atak na Francję stawał się mimo wszystko kosztownym przedsięwzięciem. Ze swej strony sądzę, że swoiste strategie odstraszania stosowały różne państwa zanim pojawiła się broń nuklearna. Dobrym przykładem takiego postępowania była Szwajcaria w czasie II wojny światowej. To małe państwo znalazło się w środku walczącej Europy Zachodniej, a mimo to zachowało swoją niepodległość. Uzbrojona silnie Szwajcaria była relatywnie trudnym przeciwnikiem dla III Rzeszy . Dlatego Hitler postanowił zaatakować ten kraj po pokonaniu innych, większych państwa. Wizja wojny w górzystym, ufortyfikowanym kraju wydawała się przedsięwzięciem zbyt kosztownym w porównaniu do spodziewanych korzyści. Inny wariant strategii odstraszania odnajdujemy w postępowaniu Finlandii. Ten kraj zaatakowany przez ZSRR musiał co prawda skapitulować, ale siła oporu i straty zadane sowieckiemu agresorowi były tak wielkie , że Moskwa przyjęła stosunkowo łagodny wariant umowy kapitulacyjnej. Finlandia zachowała wewnętrzną suwerenność i uratowała się przed skomunizowaniem. W historii konfliktów można znaleźć dużo więcej przykładów skutecznego „odstraszania” potencjalnego agresora.

Próbą zastosowania strategii odstraszania przez mały kraj nie dysponujący bronią nuklearną i sojusznikami wydaje się być koncepcja obrony Austrii, stworzona w końcu lat 70 przez szefa Sztabu Generalnego armii austriackiej generała Emila Spannocchi . Założono w niej, że Austria ze względu na mały potencjał militarny nie będzie w stanie odeprzeć ataku wojsk Układu Warszawskiego. Może natomiast przyjąć taki wariant obrony, który zniechęci napastnika i wpłynie korzystnie z punktu widzenia Austrii na zmianę jego planów wojennych. W tym celu cały obszar Austrii został podzielony na autonomiczne „strefy obronne”. Miały one związać siły napastnika i uwikłać w długie wyczerpujące walki. W strefach ciężar obrony miał spoczywać na oddziałach wojsk sformowanych spośród mieszkańców danej strefy. Takie wojsko korzystając z przygotowanych umocnień, doskonałej znajomości terenu, poparcia ludności cywilnej mogłoby zadać wrogowi duże straty. Ponadto w centrum kraju wykorzystując masyw górski planowano stworzenia swoistej reduty narodowej, „centralnej strefy zasadniczej”. Poza strefami obrony miały dodatkowo operować małe ale silnie uzbrojone grupy dywersyjne prowadzące działania nieregularne (partyzanckie). Cała obrona przy zachowaniu dużej autonomii stref obrony miała charakteryzować się pełną łącznością i posiadać zdolność współdziałania. Przy czym zakładano, że wobec ogromnej przewagi nieprzyjaciela w powietrzu ruchy wojsk własnych zostaną ograniczone do niezbędnego minimum. Generalnie celem obrony było więc uniemożliwienie szybkiego wyeliminowania sił zbrojnych Austrii z wojny przy jednoczesnym niedopuszczeniu do powstania ciągłego frontu na terenie Austrii. Dowództwo sił zbrojnych tego kraju założyło, że nieprzyjaciel poinformowany o planowanym sposobie obrony raczej uderzy w innym kierunku. Pokonanie Austrii nie miałoby przecież większego znaczenia dla losów wojny z siłami NATO, natomiast poniesione straty mogłyby osłabić wojska Układu Warszawskiego i tym samym opóźnić działania na głównych kierunkach operacyjnych.

Nie ulega wątpliwości, że Polska, nawet gdyby przeznaczyła cały swój obecny budżet na obronę to nie zdoła stworzyć sił zbrojnych, które byłyby zdolne sprostać armiom wielkich sąsiadów. W okresie II RP, kiedy władze polskie przeznaczały około 30% budżetu państwa na potrzeby wojska, też nie udało się nam stworzyć armii, która byłaby zdolna do zwycięskiego odparcia najazdu sił Niemiec i ZSRR. Ale klęska wojsk regularnych i okupacja kraju nie wyeliminowały Polski jako aktywnego uczestnika wojny. Nie tylko dlatego, że wielu Polaków udało się na emigrację i wkrótce powstały znaczne siły polskie u boku armii alianckich. Także dlatego, że w okupowanym kraju Polacy zdołali szybko odbudować struktury państwa w podziemiu w tym także podziemne wojsko (Armię Krajową i inne formacje zbrojne). Te siły mimo niedostatecznej ilości broni i zaopatrzenia były w stanie wiązać duże siły wroga i zadawać mu dotkliwe straty. Historycy wojskowości twierdzą, że siły polskiego podziemia wiązały swymi działaniami równowartość 36 dywizji nieprzyjaciela. Był to więc poważny wysiłek i bardzo wymierny w rachunku sił walczących stron.

Po zakończeniu II wojny światowej i powstaniu dwu bloków polityczno-militarnych, także przy szybkim rozwoju techniki wojskowej, zwłaszcza broni nuklearnej mogło wydawać się, że świat przerażony widmem atomowej zagłady będzie żył w pokoju. Tymczasem okazało się, że wojny nadal wybuchały. Trwały i trwają do dziś konflikty zbrojne w różnych częściach świata. W tych konfliktach strony posługują się bronią konwencjonalną. Bardzo często sięgają do działań o charakterze nieregularnym. Okazało się, że ten sposób prowadzenia wojny jest bardzo skuteczny i nawet wielkie mocarstwa, mimo swej ogromnej przewagi militarnej, supernowoczesnej techniki wojskowej, musiały uznać wyższość partyzantów Vietcongu czy Mudżachedinów afgańskich. W latach 60-tych zachodni teoretycy wojskowi analizowali doświadczenia wojny partyzanckiej w Chinach. Zastanawiano się nawet czy doktryna wojenna Chin komunistycznych nie stanowi nowego rozdziału w historii wojen. Obawiano się, że blok komunistyczny może dokonać inwazji na Europę Zachodnią nie tylko przy pomocy masy wojsk pancernych i zmechanizowanych, ale także uderzając w rejony trudno dostępne dla czołgów i wozów bojowych piechoty silnymi grupami bojowymi stosującymi taktykę wojny partyzanckiej . Na Zachodzie, zwłaszcza w USA, zaczęto formować oddziały sił specjalnych zdolne do działań dywersyjnych na tyłach wroga. Usiłowano doświadczenia „wojny partyzanckiej” wprowadzić do programów szkolenia armii regularnej. Zwłaszcza, gdy okazało się, że groźba „zmasowanego odwetu” przy użyciu broni nuklearnej jest całkowicie nieskuteczna w walce z partyzantką . Wydaje się, że późniejszy rozwój wojsk powietrzno – manewrowych, sił szybkiego reagowania, kawalerii powietrznej był konsekwencją dostrzeżenia działań nieregularnych jako istotnego elementu operacji wojennych . Dlatego zamiar Sztabu Generalnego WP utworzenia dywizji kawalerii powietrznej (25 DKP) wydaje się w pełni uzasadniony .

Wydaje się, że znaczenia działań nieregularnych w planowaniu obronnym powinno być uwzględnione w Polsce. Polacy są uznanymi historycznie „specjalistami” od działań nieregularnych. Polskie powstania narodowe, konspiracje, działania zbrojnego podziemia w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu są wiarygodnym dowodem zdolności Polaków do walki w podziemiu. Można więc przypuszczać, że ta cecha polska mogłaby stanowić istotny element naszych przygotowań do obrony kraju. Nieprzyjaciel może nabrać pewności, że jego siły zbrojne zdołają pokonać polską armię regularną. Będzie miał więcej samolotów, czołgów i dział, co zapewni mu zwycięstwo. Musi jednak wiedzieć, że mimo to i przy zajęciu całego terytorium państwowego RP Polacy nie zrezygnują z oporu. Nasze przygotowania do oporu, do działań nieregularnych w warunkach okupacji muszą być na tyle konkretne, aby przeciwnik nie miał żadnych wątpliwości co go czeka. Myślę, że w takiej sytuacji potencjalny agresor musiałby liczyć się z koniecznością ponoszenia znacznych strat, a okupacja Polski byłaby przedsięwzięciem ogromnie trudnym i kosztownym.

Podstawową zasadą działań nieregularnych jest unikanie walki tam, gdzie wróg jest silny i atakowanie w miejscach, gdzie jest słaby. Grupy bojowe podziemia zbrojnego wykorzystując atut poparcia ze strony własnej ludności, dobra znajomość terenu mogą zadawać wojskom okupanta duże straty. Przypomnijmy, że największa polska organizacja podziemna, Armia Krajowa, działała skutecznie także na terenach miejskich, gdzie były duże siły okupanta. Dowództwo AK nie tworzyło dużych zgrupowań partyzanckich zdając sobie sprawę, że są one łatwe do zniszczenia. Żołnierze AK na co dzień niczym nie różnili się od osób cywilnych. Mieli jednak swoje przydziały służbowe, przechodzili szkolenia wojskowe i byli przygotowywani do mobilizacji na czas postania powszechnego, planowanego w okresie klęski okupanta i załamania się jego możliwości militarnych. Na wypadek akcji byli mobilizowani do działań, aby po jej zakończeniu wrócić ponownie do „cywila”. W ten sposób unikano kontrakcji sił wroga wymykając się pościgom i obławom. Ten rodzaj działań zbrojnych nazwano później na Zachodzie „partyzantką miejską” . Warto pamiętać, że prekursorem takiego sposobu działań nieregularnych była polska Armia Krajowa. Wydaje się, że doświadczenia AK w tym zakresie wymagają dokładnego przestudiowania przez teoretyków i praktyków planowania obronnego.

Problemem trudnym do rozwiązania będzie zapewne wcześniejsze przygotowanie odpowiednich kadr zdolnych prowadzić działania nieregularne. Wiadomo, że nie każdy żołnierz armii regularnej nadaje się do walki podziemnej, partyzanckiej. W czasie II wojny światowej organizatorami polskiej konspiracji zbrojnej byli na ogół oficerowie zawodowi, którzy przed 1918 r. mieli doświadczenia pracy konspiracyjnej, np. w Polskiej Organizacji Wojskowej. Później, coraz większą rolę w AK zaczynali odgrywać oficerowie rezerwy. Dziś nie ma w Polsce wojskowych z doświadczeniem działalności w konspiracji zbrojnej. Będzie też chyba trudno zawodowym wojskowym przyjąć założenie, że armia regularna w której służą jest niejako z góry spisywana na straty, natomiast o trwałości obrony będą decydować siły nieregularne, walczące w konspiracji. Może też powstać pogląd, że skoro siły regularne nie mogą obronić kraju i czeka nas walka w podziemiu, to obecne nakłady na wojsko są zbędne. Nic błędniejszego. Nowoczesna i dobrze wyszkolona armia jest zasadniczym czynnikiem odstraszania. I tylko taka armia może przygotować i wyszkolić liczne kadry dla planowanych działań nieregularnych. Nie byłoby Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i innych organizacji zbrojnych, gdyby przed 1939 r. nie wyszkolono ponad 3 mln. mężczyzn w szeregach WP. W okresie II RP dowództwo polskie przygotowywało także konspiracyjne struktury oporu, które we wrześniu 1939 r. wystąpiły czynnie jako tzw. dywersja przyfrontowa. W okresie pokoju Oddział Drugi (wywiadowczy) SG WP przygotowywał tajne magazyny broni i materiałów wybuchowych, środków łączności i zaopatrzenia. Werbowano dowódców i członków grup dywersyjnych w gronie oficerów rezerwy, byłych powstańców śląskich i wielkopolskich, dawnych członków POW. Wydaje się, że stosunkowo szybki rozwój konspiracji zbrojnej po klęsce wrześniowej w 1939 r. miał swe źródła we wcześniejszych przygotowaniach do działań w podziemiu.

Polska potrzebuje własnej doktryny odstraszania przeciwnika. Elementami takiej doktryny powinny być nowoczesna i silna armia regularna oraz wiarygodny zamiar prowadzenia działań nieregularnych na wypadek okupacji kraju. Polsce potrzebna jest wielowariantowa koncepcja działań obronnych. Sądzę, że powinniśmy sięgnąć do doświadczeń przeszłości i uczynić wszystko, aby przekonać przeciwnika, że wojna z Polska to zamiar niebezpieczny i nieopłacalny. Tylko wówczas wojny nie będzie, a Polacy nie będą musieli toczyć wyniszczającej wojny partyzanckiej. Istotą przygotowań obronnych jest przecież niedopuszczenia do wybuchu wojny co powinien zapewnić polski odpowiednik „strategii odstraszania”.

(październik 1994)


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej