Poległem za 70 milionów?

Anna Popek, Tygodnik Solidarność, 2001.07

Z Romualdem Szeremietiewem – zdymisjonowanym wiceministrem Obrony Narodowej rozmawia Anna Popek

Wywiad dla „Tygodnika Solidarność” (lipiec 2001 r.) z przypisami, których w tekście opublikowanym nie było (sprawy wyjaśniły się już po ogłoszeniu wywiadu drukiem).

– Dla bezstronnego obserwatora zaskakujący był rozmach i widoczna nienawiść z jaką został pan zaatakowany. Odnosi się wrażenie, że cała ta akcja była realizowana według jakiegoś scenariusza. Jest pan znany jako zdeklarowany piłsudczyk. Jak pan myśli, co Piłsudski zrobiłby na pańskim miejscu?

– Józef Piłsudski był oskarżany przez przeciwników o różne haniebne czyny, nawet o kradzież. Z wielką goryczą mówił o tym w przemówieniu z 3 lipca 1923 r. wygłoszonym w „Bristolu”. Potępiał takie zachowania i uważał je za objaw zepsucia obyczajów. Reagował bardzo stanowczo. W końcu przeprowadził przewrót majowy w 1926 roku.

– Wcześniej jednak udał się do Sulejówka?

– Tak, uznał, że na pewien czas musi odsunąć się od polityki. Być może w obecnej sytuacji mnie też to czeka. Ale nie przesadzajmy z tymi analogiami. Nie jestem Piłsudskim i nie mam domu w Sulejówku. Jestem odwołanym ze stanowiska wiceministrem obrony narodowej.

– Pański dom – przynajmniej na zdjęciu w „Rzeczpospolitej” – wygląda imponująco.

– Fachowcy od fotografii wiedzą, że ustawiając odpowiednio kamerę można osobę niską przedstawić jak wielkoluda i wysoką jak karła. To nie jest rezydencja, ale zwykły dom jednokondygnacyjny z wysokim parterem. Przez wiele lat mieszkałem w małym mieszkaniu, a moim obecnym domem nie zaimponuję wielu posłom i ministrom. Także działka nie wyróżnia się wielkością.
[przyp.: Działka liczy 2060 m2 , a dom 246 m2 + 30 m2 garażu.]

– Dziennikarze „Rzeczpospolitej” twierdzą, że pańska działka kosztowała ponad 450 tys. złotych.

– Zapłaciłem za nią o wiele mniej.
[przyp.: Dokładnie 210 tys. PLN.]
Dziennikarze „Rzeczpospolitej” nie są mocni w rachunkach. Jak wiadomo główny ich zarzut dotyczy kontraktu na armato-haubicę. Twierdzili, że MON planował wydać na ten cel 500 mln dolarów. W rzeczywistości na program przeznaczono około 50 mln dolarów – dziesięć razy mniej.

– Kupując dom wziął pan kredyt z długim okresem spłaty. Musiało być wyjątkowo mordercze oprocentowanie. Posada ministra nie jest dożywotnia. Z czego zamierzał pan go spłacić?

– Rzeczywiście oprocentowanie było duże. Musiałbym oddać bankowi trzy razy więcej pieniędzy niż wziąłem kredytu. Po pewnym czasie znalazłem dogodniejszy dla mnie sposób regulowania należności. Firmy budowlane mają teraz trochę trudniejszą sytuację i są skłonne negocjować. Dlatego mogłem po spłaceniu wystawionych rachunków pozostałą część należności rozłożyć w czasie. Dzięki temu mogłem też rozliczyć się z bankiem.

– Jednak stracił pan stanowisko ministra i pojawia się chyba problem z czego płacić pozostałe rachunki?

– Tak, nie jestem już ministrem. Ale wcześniej obroniłem i uzyskałem stopień naukowy doktora habilitowanego. Nie martwię się więc o swoją przyszłość.
[przyp.: Pracuję jako profesor uczelniany w prywatnej uczelni – z Akademii Obrony Narodowej zostałem zwolniony ze względu na „oszczędności”.]
To co mnie niepokoi, to utrata wpływu na politykę obronną państwa.

– Jakie miał pan plany w tej dziedzinie?

– Byłem przewodniczącym zespołu, który w 1997 r. opracował program w zakresie obronności. Jego istota zawierała się w pomyśle, aby nasze siły zbrojne składały się z części zawodowej (wojska operacyjne) i pochodzącej z poboru lekkiej piechoty (Obrona Terytorialna). Młody człowiek trafiałby do wojska na 3 miesiące, służyłby w miejscu swego zamieszkania, a później doskonaliłby się jako rezerwista odbywając okresowe ćwiczenia. Ci natomiast, którzy chcieliby zostać zawodowymi żołnierzami mogliby jako ochotnicy iść do wojsk operacyjnych. Tam gdzie jest skomplikowana i droga broń musi być żołnierz zawodowy. Siły terytorialne byłyby bezcenne w przypadku różnych zagrożeń, np. powodzi. Proponowałem, aby w Polsce stworzyć armię obywatelską, służącą społeczeństwu.

– Co się stało z tym programem?

– Nie udało mi się zbyt wiele zrobić, bo przeciwników tej koncepcji miałem w osobach kolejnych ministrów obrony. Nie rozumieli jej zarówno min. Onyszkiewicz, jak i min. Komorowski. Ten ostatni pozorował jakieś działania w sprawie wojsk terytorialnych, ale nic z tego nie wyszło. Podobnie jak ministrowie nie rozumiał też tego premier Buzek. Do reformy sił zbrojnych byliśmy dobrze przygotowani, ale władze AWS nie udzieliły koniecznego poparcia. A szkoda, bo w zespole opracowującym ten program było wielu ludzi, którzy mogli go zrealizować.

– Takich jak Zbigniew Farmus? W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” zaręczył pan za jego uczciwość. Czy dziś uczyniłby pan to samo?

– Nie udzielałem wywiadu „Rzeczpospolitej”. Nie było mojej zgody na publikację tej rozmowy i nie było mojej autoryzacji. Dziennikarze z „Rzeczpospolitej” okazali się wyjątkowo nierzetelni.
Jeżeli chodzi o Zbigniewa Farmusa – czekam na wynik działań prokuratury i nie chce wypowiadać się na ten temat dopóki od niego nie usłyszę dlaczego wsiadł na prom. Znam go od 1986 r., znam jego rodzinę i przyjaciół. Poznaliśmy się w Kanadzie, gdzie państwo Farmusowie prowadzili bardzo aktywną działalność na rzecz „Solidarności”. Farmus uczestniczył w pracach Kongresu Polonii Kanadyjskiej, był wydawcą dużego tygodnika polonijnego w Toronto. Kiedy prezydent RP Ryszard Kaczorowski przekazywał insygnia władzy prezydentowi Lechowi Wałęsie, Farmus, jako członek Rady Narodowej RP uczestniczył w tej uroczystości w Warszawie. Później, kiedy w 1992 r. objąłem stanowisko wiceministra ON w rządzie premiera Jana Olszewskiego, został moim doradcą. Miał świetne rozeznanie w sprawach międzynarodowych.
Po publikacji w „Rzeczpospolitej” oskarżającej jego, a pośrednio i mnie, Farmus nie miał wątpliwości, że zdoła oskarżenia obalić. Min. Komorowski podał wiadomość o jego próbie ucieczki promem. Czy była to ucieczka? Farmus był na urlopie, nie zastosowano wobec niego postanowienia prokuratury ograniczającego możliwość poruszania się czy zakazu przekraczania granicy. Sugestię o ucieczce miała uprawdopodobnić również informacja o posiadaniu przez niego czterech paszportów, co było nieprawdą. Żałuję, że na wyobraźnię prokuratury bardziej podziałała widowiskowa akacja na promie, niż wcześniejsza wieloletnia wolnościowa działalność Farmusa. Najbardziej przeżył tę sprawę jego syn Miłosz.

– Miłosz Farmus nadal pracuje w MON?

– Tak, pracuje, ale nie wiem czy po ostatnich doświadczeniach będzie chciał dalej pracować.

– Czy wyjaśniła się sprawa pieniędzy znalezionych w jego sejfie?

– Nie byłem przy przeszukaniu tego sejfu. Z wiadomości, które do mnie docierają wnoszę, że wspomniane pieniądze to po prostu wypłaty otrzymywane przez Miłosza Farmusa w MON.
[przyp.: Rzeczywiście okazało się, że te pieniądze to były odkładane przez Miłosza Farmusa jego miesięczne pobory – mieszkał sam i minimalnie wydawał na utrzymanie – oraz resztki diet z zagranicznych delegacji, np. 30 marek, 50 guldenów. Po sprawdzeniu tego wszystkiego prokuratura oddała pieniądze i Miłosz Farmus po zwolnieniu się z MON wyjechał do Kanady.]
Miłosz jest oceniany jako rzetelny i dobry pracownik. Jest absolwentem uniwersytetu w Toronto. Jako jedyny w MON posiada znajomość angielskiego na najwyższym poziomie native. Wiem, że przedstawicielstwa zagranicznych firm proponowały mu pracę i wyższe niż w ministerstwie zarobki, a on odmawiał. Także WSI musiało go oceniać pozytywnie skoro dało mu dopuszczenie do tajemnicy, w tym najwyższe natowskie cosmic. Ciekawe, że jego ojcu dopuszczenia nie dało. Dziś dowiaduje się, że WSI czyni jakieś starania, aby odzyskać dokument wystawiony Miłoszowi Farmusowi.

– Jego ojcu cofnięto certyfikat dopuszczający do informacji niejawnych.

– Ależ skąd. Od momentu zatrudnienia w MON Zbigniew Farmus miał dopuszczenie WSI do informacji niejawnych. Po uchwaleniu nowej ustawy, tak jak wszyscy, musiał wystąpić o nowe. Wówczas wydałem polecenie, aby do czasu wystawienia przez WSI nowych certyfikatów osoby nieuprawnione nie miały dostępu do informacji niejawnych. Za wykonanie tego polecenia odpowiadał oficer czuwający nad bezpieczeństwem mojego sekretariatu i działająca w podległym mi pionie MON placówka WSI. Farmus ankietę do WSI złożył i 3 lipca dowiedziałem się, że dopuszczenia nie otrzymał. Wcześniej nie miałem żadnych sygnałów, że decyzja WSI w tej sprawie może być negatywna.

– Czy do tego dnia, niejako prawem poślizgu, mógł korzystać z takich informacji?

– Po uchwaleniu wspomnianej wyżej ustawy osoby posiadające dotąd dopuszczenia do informacji niejawnych nie traciły ich z dnia na dzień. Ustawa mówiła, że na wyrobienie nowych dopuszczeń mają, zależnie od poziomu dostępu do tajemnicy, 24 lub 36 miesięcy.

– Czy pan Farmus miał certyfikat, gdy rzekomo sprzedawał zagranicznej firmie we wrześniu lub październiku ub. r. – jak twierdzi anonimowy świadek „Rzeczpospolitej” – tajemnice państwowe?

– Jak było w tym przypadku nie wiem.
[przyp.: Teraz już wiem. W aktach sprawy nie ma żadnego dowodu, aby taki fakt – podany w „Rzeczpospolitej” jako bezsporny i udowodniony – miał miejsce. Cytowany w artykule „Rzeczpospolitej” „znany poseł SLD”, czyli Janusz Zemke zeznał przed sądem, że niczego takiego nie mówił red. Marszałek i nie ma żadnych dowodów, ani świadków zdarzenia opisanego przez dziennik „Rzeczpospolita”. Ponadto 18 stycznia 2007 sąd w wyroku uniewinnił Farmusa od wszystkich zarzutów korupcyjnych.]
Jednak co do terminów podawanych przez „świadka” to przypomnę, iż Farmus miał żądać łapówki we wrześniu lub październiku 1999 r., a przetarg na armato-haubicę został definitywnie rozstrzygnięty wcześniej, w lipcu 1999 r.

– A może pan Farmus łudził swojego „kontrahenta” możliwością powtórzenia przetargu?

– Było to niemożliwe. Zwłaszcza, że kontrakt został podpisany w obecności premiera Buzka i ministra obrony Wielkiej Brytanii Roberstona, obecnego sekretarza generalnego NATO. To wiedział każdy zainteresowany. Nie dostrzegli tego dziennikarze „Rzeczpospolitej” oraz ich anonimowy informator.

– Czy ma pan zamiar podać „Rzeczpospolitą” do sądu?

– Zbieram dokumentację sprawy i czekam na wynik postępowania prokuratury. Autorzy ataku na mnie, Bertold Kittel i Anna Marszałek, są już szerzej znani. Interesowała się nimi także prokuratura i minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Przyczynili się oni chociażby do zdymisjonowania wojewody katowickiego Marka Kepskiego. (Warto pamiętać, że Kępski był w AWS zwolennikiem tzw. opcji zerowej, czyli rozwiązania istniejących służb i organizowania ich od nowa.)
Powinna istnieć granica między rzetelnym dziennikarstwem śledczym, a drukowaniem materiałów przygotowanych na podstawie plotek i pomówień. Musi też zastanawiać, gdy w druku pojawiają się teksty zawierające wiadomości objęte tajemnicą. Co prawda min. Komorowski twierdzi, że gdyby nie napaść „Rzeczpospolitej” to zdobyłby dowody winy. Można odnieść wrażenie, że red. Marszałek działała w moim interesie, aby pokrzyżować plany Komorowskiego.
Zastanawiam się nad rolą jaka w tej aferze odegrał min. Komorowski. Podobno od dłuższego czasu nie miał do mnie zaufania. Jednak zamiast wystąpić z wnioskiem do premiera o odwołanie ze stanowiska polecił inwigilację przez WSI. Komorowski przyznał, że od października 2000 r. do lipca 2001 r. śledził swojego pierwszego zastępcę i nie znalazł żadnych dowodów. Przez 9 miesięcy byłem z polecenia ministra inwigilowany przez jego i moich podwładnych z WSI. To sposób na demoralizację służb i wojska.

– Kiedy zdał pan sobie sprawę z tego co robi WSI?

– Od pewnego czasu docierały do mnie wiadomości, że oficerowie WSI interesują się tym co robię, że są podsłuchiwane moje telefony i że dzieje się to na polecenie min. Komorowskiego.
[przyp.: Bronisław Komorowski przyznał, że nakazał WSI inwigilację mojej osoby, co jednak nie dało żadnych dowodów na istnienie korupcji w podległym mi pionie MON.]
Uważałem jednak, że to plotki. Sądziłem, że ktoś chce mnie skłócić z ministrem. Nie dawałem temu wiary. Zresztą Komorowski zapewniał mnie ciągle, że chce współpracy i ma do mnie zaufanie. Wydawało mi się oczywistym, że skoro zostało nam parę miesięcy do zakończenia kadencji, a mamy na głowie 6-letni plan modernizacji armii, zakończenie kilku ważnych programów w tym przetarg na samolot wielozadaniowy i rosnącą dziurę w budżecie MON to konflikt między ministrem a mną byłby szkodliwą głupotą. Skutkiem byłaby dezorganizacja kierownictwa MON. Jak widać nie powstrzymało to Komorowskiego.

– Ostatnio stwierdził pan, że w sprawie pańskiej dymisji maczały palce służby specjalne, które chciały zablokować kontrakt na samolot wielozadaniowy dla wojska. Czyżby minister miał być świadomym lub bezwolnym narzędziem w ich rękach?

– Udział służb specjalnych w tej sprawie jest bezsporny. To im zlecał działania min. Komorowski – jak twierdzi za zgodą premiera Buzka – więc był świadomy tego co robi. Do 14 września br. kierowana przeze mnie komisja miała przeprowadzić wybór samolotu wielozadaniowego Dopóki nadzorowałem to postępowanie trzymaliśmy się ściśle harmonogramu. Była jedna korekta – na prośbę oferentów dopuściliśmy obok języka polskiego tzw. języki handlowe – ale nie powodowała ona zmiany ostatecznego terminu zakończenia przetargu. Dziś wiemy, że samolotu w przyjętym terminie nie będzie, chociaż rzecznik rządu Luft twierdził, że moja dymisja nie będzie miała wpływu na pracę komisji. Nie miał racji. Przyczyna – odwołanie mnie z MON – dała efekt : samolot nie zostanie wybrany w przyjętym terminie. Niezależnie od tego min. Komorowski musi być zadowolony skoro tak bardzo chciał przejąć kontrolę nad przetargami i zakupami.

– Były jakieś wcześniejsze sygnały?

– W sprawie kontroli nad zakupami? Były. Doradcy Komorowskiego, generałowie Tylus, Smólski i płk Nowak przygotowali nową strukturę MON. Miały ulec likwidacji departamenty pionu uzbrojenia i infrastruktury. Zakupami, badaniami nowej techniki wojskowej i infrastrukturą miały się zająć trzy specjalne agencje działające poza MON. Minister i jego doradcy uważali także, że najlepszą metodą uzbrojenia armii będzie zakup broni bezpośrednio za granicą. Zgłaszano do mnie pretensje, że popieram „niewydolny” polski przemysł. Moje starania o umieszczenie zamówień w polskich fabrykach były skutecznie blokowane. To dlatego nie udało się uratować radomskiego „Łucznika” i „Pronitu” z Pionek. Miesiącami czekałem na podpis ministra na planie dostaw, na decyzje w sprawie zakupów i zamówień. Byłem i jestem mocno krytykowany za realizowany w Stalowej Woli kontrakt na armato-haubicę 155 mm . Jeżeli koncepcja obecnego min. ON będzie realizowana, to znikną wszystkie polskie zakłady przemysłu obronnego, a ich pracownicy pójdą na bruk.

– Z ław sejmowych zgłaszano wątpliwość, czy haubica jest potrzebna polskiej armii.

– Oczywiście, że jest potrzebna. Artylerię kalibru 155 mm, strzelającą na odległość 40 km amunicją inteligentną wprowadza się we wszystkich nowoczesnych armiach. Ten cel mamy zapisany w programie modernizacji naszych sił zbrojnych i jest to także cel natowski. Zresztą program armato-haubicy zastałem przychodząc do MON. I nie miałem wątpliwości, że trzeba go zrealizować. Naszym partnerem został polski zakład Huta Stalowa Wola, a nie firma angielska. Huta kupiła od Anglików wieżę z działami (dwie sztuki) i licencje na jej produkcję, a nasi konstruktorzy zbudowali już prototyp polskiej armato-haubicy „Krab”. Będziemy ją produkować dla naszej armii i na eksport. To naprawdę dobre rozwiązanie.

– Wróćmy jednak do samolotu wielozadaniowego. Dlaczego służbom specjalnym zależało na zablokowaniu wyboru samolotu?

– Trudno mi powiedzieć czy całym służbom. Wiadomo jednak, że obecna opozycja ma wielkie szanse by objąć rządy po wrześniowych wyborach. Tymczasem zgłasza ona projekty rozwiązania WSI i UOP oraz powołania dwu agencji: wywiadu i kontrwywiadu. Można więc sobie wyobrazić, że odłożony na przyszłą kadencję kontrakt na samolot może komuś pomóc ustawić się w przyszłej konstelacji. Dlatego nie wykluczam, że spadłem ze stanowiska z takiej właśnie przyczyny.

– Łatwo się można domyślić, że w ślad za kontraktem na samolot wielozadaniowy idą wielkie pieniądze. Jakie mogą być mechanizmy „zarobienia” na przetargu w MON – oczywiście prócz zwykłej łapówki?

– W ustaleniach rządu dotyczących kontraktu zapisano, że powinniśmy wybrać zewnętrzną firmę prawniczą do obsługi kontraktu. Skoro Polska wyda na samolot 3,5 – 4,5 mld dolarów, to firma obsługująca kontrakt może zarobić jakieś 2 procent, czyli 70 – 90 mln dolarów.
[przyp.: „Zainteresowani” wyborem firmy prawniczej obsługującej przetarg nie wiedzieli, że dowódca WLOP miał na ten cel tylko 15 mln PLN. Swoistym pokłosiem mojego wywiadu było usiłowanie wmontowania mnie w sprawę (powiązani z zaufanym SLD płk Jędrzejko, a zatrudnieni w moim sekretariacie mjr Adamczyk i płk Zdunkiewicz zeznali, że w ich obecności umawiałem się z właścicielem firmy prawniczej w Poznaniu na 8 mln $ łapówki). Z łatwością dowiodłem, że nie było możliwym, aby ktoś zgodził się na 8 mln $ łapówki wchodząc w przedsięwzięcie warte 15 mln PLN. Prokuratura ten zarzut umorzyła.]
A jeżeli umowę z firmą podpisze się dziś, to będzie ona ważna także później, po wyborach. Usiłowałem zorganizować przetarg i zaprosić do niego wiele firm. Gen. Smólski, doradca min. Komorowskiego, skierowany przez niego do komisji wybierającej samolot zaproponował dwie firmy i oczekiwał, że jedna z nich będzie obsługiwała kontrakt. W czasie mojej nieobecności usiłował nawet powołać podkomisję do załatwienia tej sprawy. Miał tego dokonać zespół kierowany przez oficera zawodowego w stopniu porucznika. Kiedy unieważniłem te czynności i rozesłałem zaproszenie do przetargu do kilkunastu firm spotkałem się z reprymendą ze strony Komorowskiego. To co mówię można sprawdzić zapoznając się z dokumentami i protokołami z pracy kierowanej przeze mnie komisji.

– Sugeruje pan, że minister ma jakieś powiązania z tymi firmami?

– Mógłbym odpowiedzieć słowami min. Komorowskiego: „mam wiedzę, ale nie mam dowodów”. Jakie są jednak fakty? Widocznym dla mnie celem min. Komorowskiego było całkowite przejęcie kontroli nad zakupami. Minister blokował uruchomienie przetargów np. na opancerzony transporter kołowy, chociaż przemysł i wojsko silnie naciskały w tej sprawie. (Sprawa jest ważna bo tych wozów kupimy w przyszłości być może ponad 3000.
[przyp.: Takie były plany wojska. Pierwszy etap opiewał na 215 sztuk a kierownictwo MON z SLD zwiększyło ten zakup do 690 sztuk.])
Tymczasem nie mogliśmy się porozumieć, ponieważ ja chciałem produkować transporter na licencji w Polsce (producentami mogły być Bumar Łabędy i Huta Stalowa Wola), a Komorowski chciał go po prostu kupić za granicą. Później powstał problem jaki ma być ten transporter. W grę wchodziły: szwajcarsko-amerykańska „Pirania” lub austriacki „Pandur”. Komorowski odwiedził Wiedeń, spotkał się z producentem „Pandura” a później jego zaufany gen. Tylus przekazał do podległego mi departamentu, że minister zgodzi się na przetarg, jeżeli „Pandur” zostanie dobrze potraktowany. Były inne przykłady. Minister blokował program „Loara” (zgłaszałem projekt skonstruowania w Polsce rakiety dla tego programu) i modernizację śmigłowców, wybór rakiety przeciwpancernej i nowych środków łączności. Jest też sprawa czołgu „Leopard”. Uzgodniłem z przedstawicielami przemysłu, że warunkiem pozyskania pewnej liczby tych czołgów z Niemiec będzie porozumienie naszych zakładów z niemieckimi i podjęcie produkcji polskiego czołgu, zmodernizowanego T-72, w oparciu o niemieckie technologie. Teraz jak słyszę mamy „leopardyzować” jednostki pancerne wprowadzając na uzbrojenie czołgi niemieckie, a nasze T-72 sprzedać. Aby to osiągnąć trzeba było jednak wyrzucić mnie i dyrektora departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych. Żeby nie było wątpliwości nowym dyrektorem tego departamentu został mianowany przez Komorowskiego jego zaufany płk Nowak.

– Czy uważa pan, że w MON pokusy korupcyjne są większe niż w innych resortach?

– Trudno odpowiedzieć na takie pytanie. W przypadku moich departamentów zakupy i przetargi były ustawicznie kontrolowane przez NIK i stale znajdowały się w obrębie zainteresowania parlamentarzystów oraz środków przekazu. To powinno raczej odstraszać łapowników. Także ostatni raport NIK o zagrożeniu korupcją nie wymienia mojego pionu MON jako strefy zagrożonej.
[przyp.: Obecnie prokuratura wojskowa i ŻW prowadzą kilka śledztw w zw. z podejrzeniem korupcji. Postawiono zarzuty m.in. gen. Nowakowi (były dyrektor Dep. Zaopatrywania). Wszystkie te sprawy są wynikiem działań ludzi mianowanych na stanowiska przez ministrów Komorowskiego i Szmajdzińskiego po wcześniejszym odwołaniu moich współpracowników.]
Nie mówię, że wszystko jest w porządku. Mogły być nieprawidłowości, chociaż nie koniecznie o charakterze przestępczym. Docierało do mnie sporo skarg, jeżeli idzie o zakupy żywności, umundurowania, obuwia, paliw, remontów itp. Przykładem uchybienia, co badał NIK, był zakup kurtek lotniczych. Takie zakupy były realizowane poza mną, w rodzajach wojsk. Min. Komorowski jest zwolennikiem przekazania jak największych uprawnień do takich zakupów wojskowym. A nie są to małe pieniądze, np. w roku bieżącym na zakupy w spółkach przemysłu obronnego powinniśmy wydać ponad 300 mln zł, a w ramach tzw. zakupów zdecentralizowanych dowódcy wydadzą 500 mln zł.

– Niektórzy twierdzą, że pańska sprawa jest pewną kontynuacją całego ciągu zdarzeń zadziwiająco do siebie podobnych: najpierw konkretni dziennikarze opisują jakąś „aferę”, potem premier zawiesza lub dymisjonuje danego urzędnika, nie czekając na zakończenie postępowania wyjaśniającego. Czy czuje się pan ogniwem w tym łańcuchu?

– Ależ oczywiście. Kiedy mnie odwołano wielu pytało: a kto będzie następny? I wkrótce okazało się – minister łączności. Tak jest. Metoda ta sama i skutek ten sam. A do tego akcję zaczynają na ogół ci sami „śledczy” dziennikarze. Pamiętam jak min. Kaczyński ostrzegał opinię publiczną, że są przygotowane prowokacje w celu wyeliminowania kilku znanych osób z życia politycznego.
Jestem przekonany, że oczyszczę się z zarzutów. Jednak z drugiej strony musi niepokoić, że dowody w sprawie są gromadzone w dziwny sposób. W moim biurze od osób odpowiedzialnych żądano kluczy do pomieszczeń i sejfów i pod ich nieobecność robiono tam przeszukania oraz zabierano nieznaną liczbę dokumentów. Dowiedziałem się, że listę świadków w sprawie stworzono wynotowując nazwiska oficerów zwolnionych przeze mnie z zajmowanych stanowisk. Ostatnio usłyszałem, że znani mi z nazwiska oficerowie WSI stosują groźby wobec przesłuchiwanych chcąc w ten sposób wymusić zeznania potwierdzające zarzut domniemanej korupcji.
Nie będę też zdziwiony, gdyby okazało się, że świadkiem oskarżającym Farmusa – jeżeli ten świadek istnieje – jest przedstawiciel firmy wchodzącej w skład koncernu oferującego Polsce samolot wielozadaniowy. Np. osoby związane z ofertą samolotu JAS 39 Gripen nie ukrywały, że ich zdaniem prowadzony przetarg jest fikcyjny, a rząd Buzka już dawno wybrał samolot amerykański. Mówili też, że upatrują szansę na korzystne dla siebie rozwiązanie, jeżeli o samolocie będzie decydował po wyborach następny rząd.

– Czy nie obawia się pan, że przyjmując aktywną linię obrony tzn. informując opinię publiczną o pewnych faktach naraża się pan na niebezpieczeństwo?

– Zdaję sobie z tego sprawę. Zostało jednak splamione moje dobre imię i muszę go bronić.
[przyp.: Po zapoznaniu się z aktami sprawy kilka razy zwracałem się do ministra sprawiedliwości i sądu o zwolnienie mnie z tajemnicy w celu umożliwienia wypowiedzenia się w mediach o tym co zrobiono w prokuraturze i jakie dowody zostały przez nią zgromadzone. Za każdym razem odmawiano mi.]


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej