Opluty, zaszczuty, skompromitowany

Tomasz Gawiński, Tygodnik Angora, nr 39/2005

Opluty, zaszczuty, skompromitowany. Odsunięty w polityczny niebyt, wyrzucony na śmietnik historii. Do dziś Romuald Szeremietiew, były wice szef Ministerstwa Obrony Narodowej czeka na rozpoczęcie procesu. I na oczyszczenie.

Czy to była prowokacja?

Postępowanie w sprawie domniemanej korupcji w MON rozpoczęło się jeszcze za rządów AWS, w lipcu 2001 roku. Nastąpiło to po zatrzymaniu na promie „Rogalin”, na środku Bałtyku Zbigniewa F. asystenta Romualda Szeremietiewa. Wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł „Kasjer z Ministerstwa Obrony”. W efekcie Zbigniew F. został aresztowany, a Romuald Szeremietiew stracił stanowisko. Po czterech latach sprawa wciąż jednak nie jest wyjaśniona i czeka na wokandę w stołecznym sądzie. Wszystko przy tym wskazuje na to, że bohaterowie artykułu w „Rzeczpospolitej” stali się ofiarami prowokacji służb specjalnych. Chodziło najprawdopodobniej o utrzymanie starych układów w MON, no i oczywiście o pieniądze. Duże pieniądze.

Romuald Szeremietiew, to osoba bardzo zasłużona dla polskiej demokracji. Jawną działalność opozycyjną prowadził od 1976. W 1979 roku był współzałożycielem Konfederacji Polski Niepodległej. Po aresztowaniu Leszka Moczulskiego w sierpniu 1980 roku, pełnił obowiązki przewodniczącego KPN. Poszukiwany listem gończym, aresztowany w styczniu 1981 roku i skazany na pięć lat więzienia. Po wyjściu na wolność, z grupą działaczy opuścił KPN i założył konspiracyjną Polska Partię Niepodległościową. Był krytykiem obrad „Okrągłego stołu”. W 1992 roku został wiceministrem Obrony Narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, a po urlopowaniu Jana Parysa kierował resortem do 4 czerwca 1992 r. Współorganizował RdR, a potem AWS. Był członkiem ścisłego kierownictwa Akcji i szefem Zespołu programowego d.s. Bezpieczeństwa Narodowego. Ale na sprawach obronności znał się znakomicie. Jest, bowiem doktorem nauk wojskowych w tej właśnie specjalności. Był uznawany za osobę wpływową i mająca wiele do powiedzenia.

Kiedy, więc przed czterema laty wybuchła afera w MON, w której wraz ze swoim bliskim współpracownikiem miał grać pierwsze skrzypce, wiele osób było kompletnie zaskoczonych. Stawiane w publikacjach prasowych zarzuty były jednak na tyle silne, że nikt praktycznie nie podjął się jego obrony. Mówiło się, że Szeremietiew żył ponad stan, a pieniądze na prywatne inwestycje dostarczać mu miał ministerialny asystent, Zbigniew F. Na temat wyłudzania ogromnych łapówek od firm ubiegających się o kontrakty dla armii wypowiadali się zarówno przedstawiciele przemysłu zbrojeniowego, jak i politycy. Z prawej i lewej strony. Sprawa wydawała się, zatem oczywista i przesądzona.

Dzisiaj nie wszystko jest już tak klarowne. Ba, więcej jest pytań, niż odpowiedzi. I niejasności.

Akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi F. skierowano do sądu w sierpniu 2002 roku. Sprawa się toczy, ale przy drzwiach zamkniętych.

Ściśle tajna.

A sprawy Romualda Szeremietiewa jakby w ogóle nie było. Cisza. Bo proces ciągle nie może się rozpocząć, mimo, że akt oskarżenia wpłynął do sądu już blisko półtora roku temu.

– „Nie mamy na to wpływu” – tłumaczy Zbigniew Jaskulski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. – „Romuald Szeremietiew nie był aresztowany, bowiem prokuratorzy w tej sprawie mieli inną optykę, niż w kwestii Zbigniewa F. Wykonywano bardziej skomplikowane czynności.”

Zdaniem niektórych prawników zarzuty są słabe, oparte na wątłym materiale dowodowym, więcej w nich domniemań, niż faktów. Niektóre były umorzone, lecz na polecenie prokuratorskiej centrali, powrócono do nich w dalszym postępowaniu. Zapewne tylko przez przypadek, sprawą zajmuje się już czwarty prokurator.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego Zbigniewa F. zatrzymano na środku Bałtyku, po spektakularnej akcji funkcjonariuszy UOP, a nie przed wypłynięciem promu. Asystent Romualda Szeremietiewa nie był poszukiwany listem gończym, nie ukrywał się, nie robił tajemnicy, gdzie i po co wyjeżdża. Bo jechał na urlop. Jak mówi jeden ze znających doskonale ten temat, stołecznych dziennikarzy, Zbigniew F. obserwowany był przez agentów WSI, którzy nie podjęli żadnych działań, kiedy kupował bilet i wsiadał na prom. – „Do Szwecji jechał na spotkanie z córką, która do Sztokholmu miała przylecieć z Kanady i z którą miał potem pojechać na wakacje do Włoch. Nie uciekał, nikt także nie wzywał go do prokuratury nie miał żadnych zarzutów. Jedynie, trzy dni wcześniej w „Rzeczpospolitej” ukazała się znana już publikacja pełna zarzutów. Należało, więc pokazać narodowi, w jak zdecydowany sposób państwo walczy z korupcją.”

Wśród osób zorientowanych w toczącym się procesie F. panuje przekonanie, iż dowody prokuratury okazały się niewiarygodne, a więc i uzasadnienie zatrzymania na promie, jest wątpliwe. – „Nie potwierdziło się wiele rzekomych dowodów dotyczących asystenta wiceszefa MON. Co ciekawe, w jego zatrzymaniu brały udział te same osoby z prokuratury i UOP, które później zatrzymywały prezesa „Orlenu” czy asystenta posła Gruszki” – stwierdza dziennikarz. – „O jednym z nich pisał ostatnio jeden ze znanych tygodników. Można, zatem zapytać, czy to przypadek?”

Zbigniew F. przez dwa lata przebywał w areszcie. Po wyjściu zupełnie się wyalienował, unika kontaktu z ludźmi. Jego były szef nie trafił, co prawda za kratki, ale zupełnie zniknął z życia publicznego. Wielu polityków, jego dawnych kolegów nie umie powiedzieć, co się z nim dzieje. Dla nich jakby przestał istnieć. Noc cóż, chrześcijańskie wartości zawsze były mocną stroną polskiej klasy politycznej.

O Romualdzie Szeremietiewie zapomniały też media. Dla nich już go nie ma. Temat się skończył. Dlatego też, tak bardzo zdziwiła wiele osób duża publikacja zamieszczona niedawno w tygodniku „NIE”. Bo trudno ten tytuł posądzać o sympatię dla Szeremietiewa. Wcześniej gazeta nie pozostawiła na nim suchej nitki. Teraz jednak przyznała się do błędu, Choćby w tytule – „Głupota NIE i desant lotniczy”. I przedstawiła kulisy spisku wymierzonego w wiceministra obrony narodowej.

„Nie” omawia zarzuty postawione „skarbnikowi” Szeremietiewa, a właściwie to, co z nich pozostało. „Tak naprawdę na Zbigniewie F. ciążą dwa zarzuty w ogóle z korupcją niezwiązane” – napisał Dariusz Cychol, autor artykułu. Zatem skoro padły wątki korupcyjne i nieprawdziwe okazały się informacje, że przy rozmowach dotyczących kontraktów zbrojeniowych asystent żądał w imieniu swojego szefa łapówek, tym samym i oskarżenia wobec byłego wiceministra straciły swoja wagę. Od początku zresztą Romuald Szeremietiew utrzymywał, że padł ofiara prowokacji zorganizowanej przez Wojskowe Służby Informacyjne. Udowadniał to w różny sposób, lecz prokuratura wojskowa nie dała temu wiary. Postępowanie w tej sprawie zostało umorzone wobec niemożności ustalenia prawdy.

Dariusz Cychol nie ma czasu na rozmowę. Stwierdza jedynie, że nigdy nie zakładał, iż Zbigniew F. i Romuald Szeremietiew są niewinni. – „Nie znałem ich – mówi. – A wręcz byli to przecież moi polityczni wrogowie. Trzeba jednak
mówić prawdę, a z postawionych zarzutów nic się nie potwierdziło. Zarówno tych w „Rzeczpospolitej”, jak i w prokuraturze.”

Co istotne, finanse byłego wiceministra sprawdził bardzo dokładnie urząd skarbowy. Po wielomiesięcznej kontroli stwierdzono, ze dochody przewyższały wydatki. Uznano tym samym, iż majątek państwa Szeremietiew pochodzi ze źródeł ujawnionych organom skarbowym, a zatem jest legalny. Gdzie, więc te łapówki?

– „To prawda, że urząd skarbowy nie dopatrzył się żadnych nieprawidłowości – przyznaje prokurator Jaskulski. – Zresztą ta sprawa od początku nie była objęta aktem oskarżenia.”

Aktem oskarżenia może nie, ale – jak nieoficjalnie wiadomo – w trakcie śledztwa zajmowano się decyzją „skarbówki” i wszystko dokładnie sprawdzano.

Co zatem znalazło się w akcie oskarżenia? Prokuratura zarzuca Romualdowi Szeremietiewowi dwukrotne przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego. – „Chodzi tu o zamówienia publiczne – tłumaczy rzecznik warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej. – Oskarżony odstąpił o obowiązujących zasad i polecił zmianę kryteriów dotyczących zamówień publicznych w sprawie zakupu samochodów.”

– „To bezsensowne – stwierdza Romuald Szeremietiew. – Zmieniłem kryteria, bowiem chodziło o przeprowadzenie skutecznego przetargu. Dotychczas warunki były tak ustawione, że w przetargu uczestniczyła tylko firma Daewoo Poland. Fiat natomiast domagał się równych kryteriów. I miał rację. Gdyż najważniejszy warunek, czyli niska cena zapewniała wygraną Daewoo. Chciałem zmienić te układy. I pewnie, dlatego musiałem przegrać.”

Kolejne zarzuty wobec byłego wiceministra mówią o żądaniu łapówki od dyrektora zakładów lotniczych w Bydgoszczy, przyjęciu korzyści majątkowej w kwocie ok. 40 tyś. zł poprzez zakup samochodu Lancia po zaniżonej cenie w zamian za zmianę kryteriów przetargowych oraz niedopełnienie obowiązków służbowych w przekazanie tajnych informacji Zbigniewowi F. któremu wygasły uprawnienia do korzystania z tajemnicy państwowej. – „W sumie grozi za to kara do 10 lat pozbawienia wolności” – mówi Zbigniew Jaskulski.

Według „NIE”, wszystkie zarzuty stawiane zarówno Szeremietiewowi, jak i pozostałym osobom są żałosne. Podobnie zebrany przez prokuraturę materiał dowodowy.

Dlaczego więc wywołano całą aferę i rzucono na pożarcie tak zasłużonego dla polskiej opozycji człowieka? – Chodziło o pieniądze – tłumaczy Romuald Szeremietiew. – „Zostałem uderzony, abym nie przeprowadził przetargów na łączną kwotę 25 mld. złotych.”

– „Ludzie ze służb specjalnych wyraźnie podpuścili liderów AWS w tej sprawie – mówi stołeczny dziennikarz. – A oni ulegli. Zresztą nie ten jedyny raz. Służby zabiegały wówczas o względy zmierzającej do władzy SLD. Wystarczy przypomnieć, w jaki sposób stanowisko ministra sprawiedliwości stracił Lech Kaczyński. SLD zapowiadało, że po wygranych wyborach zlikwiduje UOP i WSI tworząc w ich miejsce nowe agencje wywiadu i kontrwywiadu. Uderzenie w wiceszefa MON mogło być ceną za pozostawienie WSI w spokoju. Zwłaszcza, że Szeremietiew miał dokonać zakupów uzbrojenia za 25 mld. złotych. A to musiało stanowić dla SLD łakomy kąsek.”

Zdaniem dziennikarza, także Bronisław Komorowski, ówczesny minister obrony dogadywał się z kandydatem SLD na ministra Jerzym Szmajdzińskim chcąc zachować swoich ludzi na stanowiskach w MON. – „W Warszawie krąży opinia, że to zaufany Komorowskiego, płk Kazimierz Mochol, szef kontrwywiadu WSI i doskonale poukładany z SLD organizował prowokację, miał nawet być za to awansowany na generała. Trudno powiedzieć, ile w tym prawdy, ale awansu jednak nie otrzymał, bowiem dowodów, jak się okazało, nie znalazł. Zresztą niechętnych wobec Szeremietiewa było znacznie więcej osób.”

Bronisław Komorowski nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie. – „Nie jestem zainteresowany przypominaniem tego tematu” – mówi.

Zdaniem specjalistów od wojskowości, Szeremietiew doprowadził do anulowania potwierdzonych przez SLD-owski rząd Włodzimierza Cimoszewicza porozumień o zakupie na trudnych dla Polski warunkach finansowych izraelskiej rakiety ppanc. NT-D, istniejącej wówczas w fazie niedokończonego prototypu. – „Jego następca w MON, Janusz Zemke, kupił na zasadach zakupu z tzw. wolnej ręki izraelską rakietę ppanc. „Spike”. A taki zakup stosuje się, gdy jest jeden dostawca, co w przypadku rakiet ppanc. nie powinno mieć miejsca, skoro producentów jest wielu. Do tego kupiona rakieta nie pasuje do transportera opancerzonego, nabytego przez Zemkego w tym samym czasie. Dopasowanie będzie kosztować MON dodatkowe kilkadziesiąt milionów dolarów.”

Szeremietiew nie był też zwolennikiem zakupu samolotów wielozadaniowych, a jedynie pożyczenia ich pewnej liczby. Proponował przesuniecie zakupu nowych w czasie. – „Uważałem, że lepiej poczekać na nowe samoloty, czwartej generacji. Po co wydawać kilka miliardów dolarów na sprzęt stary technologicznie. Ale rząd zdecydował inaczej.”

Po decyzji rządu Jerzego Buzka w tej sprawie, Romuald Szeremietiew podkreślał, że rolę rozstrzygającą w wyborze będzie miała wartość tzw. offsetu, czyli korzyści, jakie zaprezentują producenci samolotów dla polskiej gospodarki. Dziś wiadomo, że najlepszy wartościowo offset zaproponował Polsce producent szwedzkiego samolotu ”Gripen” i gdyby nie manipulacje przy ustawie o umowach kompensacyjnych, przeprowadzone na wniosek SLD (np. rozszerzenie tzw. przed offsetu z roku na trzy), to zapewne Szwedzi, a nie Amerykanie byliby zwycięzcami przetargu na samoloty.

Ponadto były wice szef MON przygotował procedury zakupu kołowego transportera opancerzonego – KTO. Miał to być zakup licencji na produkcje w Polsce nowoczesnego transportera, seryjnie wytwarzanego i sprawdzonego w innej armii. – „Minister Komorowski nie chciał jednak wyrazić zgody na podjęcie tej procedury i zrobił to dopiero po odwołaniu Szeremietiewa – mówi stołeczny dziennikarz. – A Zemke kontynuował postępowanie i kupił prototyp KTO w Finlandii. Transporter ten będzie wytwarzany w Polsce dopiero po pewnym czasie i jedynie w znikomej części (polonizacja-25 proc.). Aby było ciekawiej, w związku z zakupem KTO i podejrzeniem korupcji prokuratura wojskowa prowadzi śledztwo, o czym doniosły media.”

Romuald Szeremietiew nadzorował wszelkie sprawy zakupów. Był, bowiem szefem komisji przetargowej. – „Minister Komorowski chciał mi jednak zabrać ten nadzór – mówi były wiceminister. – Już nawet przygotowywano koncepcje, jak to uczynić. A kiedy mnie odwołał, to natychmiast pozbył się płk Janusza Zwolińskiego, szefa Działu Zaopatrywania Sił Zbrojnych i powołał na to stanowisko płk Pawła Nowaka, swojego radcę i przyjaciela. Od razu też dał mu kompetencje do przeprowadzenia przetargów.”

– „Płk Zwoliński to kultowa postać w MON – mówi stołeczny dziennikarz. – Uczciwy człowiek. Uznano go jednak za człowieka Szeremietiewa. Ale jeśli tak, to skoro mówiono o korupcji Szeremietiewa i Zbigniewa F. to, dlaczego podobnych zarzutów nie postawiono płk Zwolińskiemu? Bo ich nie było. Podobnie, jak w ich przypadku.”

Płk Nowak, który zastąpił Janusza Zwolińskiego i pozostał na stanowisku za ministra Szmajdzińskiego, ma dziś kłopoty. Prowadzone jest, bowiem śledztwo w związku z zakupami i podejrzeniem o korupcję.

Współpraca szefa MON ze swoim zastępcą od początku nie była najlepsza. Oficjalnie jednak nic o tym nie mówiono. Tak naprawdę, po wygranych wyborach ministrem obrony miał zostać Romuald Szeremietiew. Koalicja z UW zmusiła jednak Jerzego Buzka do oddania tego stanowiska Januszowi Onyszkiewiczowi. A potem, po wyjściu UW z rządu, premier uznał, że jest mu potrzebne poparcie niewielkiego SK-L i aby uzyskać względy, ministrem powołał Bronisława Komorowskiego.

– „Szedłem do ministerstwa z koncepcją armii i ratowania polskiego przemysłu zbrojeniowego – opowiada Romuald Szeremietiew. – Miałem świadomość panujących układów, ale wierzyłem, że coś zmienię, że uda mi się zrobić coś dobrego dla wojska i Polski.”

Nie przypuszczał, że będzie tak niewygodny, kłopotliwy dla różnych powiązań i że sam minister Komorowski nakaże go w pewnym momencie inwigilować. – „Czyniono to przynajmniej od października 2000 roku. Przyznał mi się do tego, ale dopiero po moim odwołaniu. I w ogóle nie próbował tłumaczyć. Nie rozumiem tylko, że skoro chcieli się mnie pozbyć, mogli to przecież uczynić po cichu. A zrobili spektakl. I jestem pewien, ze stał za tym kontrwywiad WSI.”

Tym, którym wszedł w drogę zeznają przeciwko niemu. Ci, którzy byli lojalni, musieli odejść z ministerstwa. W sprawie jest wiele wątków. Niektóre łączą się ze Zbigniewem F. inne dotyczą tylko jego osoby. Nieoficjalnie wiadomo, że niektórzy świadkowie wycofują już swoje zeznania, inni twierdzą, że zostali do nich zmuszeni. Na pewno jest sporo niejasności, których wyjaśnienie jest niemożliwe. Tak poważny zarzut, jak nabycie Lanci po zaniżonej cenie, co miało być formą łapówki za wygranie przez Fiat Auto Poland przetargu też nie wygląda zbyt pewnie. Kupione auto nie było, bowiem nowe. Jego wartość fachowcy wycenili na 63 tyś. zł. Były wiceminister zapłacił za nie 30 tyś. ale do komisu dilera wstawił swojego Fiata Bravo, którego sprzedano za 33,5 tyś. zł. Tak, więc za Lancię zapłacił nieco powyżej wartości rynkowej. Prokuratura nie łączy jednak oby tych transakcji i twierdzi, że były wice szef MON przyjął łapówkę od Krzysztofa S. dilera fiata. Ale, za co?

Po odwołaniu ze stanowiska Romuald Szeremietiew dalej pracował w sejmie, ale już jako poseł niezależny. AWS nie próbowała go nawet bronić, a jedynie dwa koła – w Piasecznie, do którego należał, zaprotestowało, a w Wołominie, na znak protestu rozwiązało się.

W wyborach 2001 roku kandydował z Białegostoku na senatora. Uzyskał 38 tysięcy głosów, ale to było zbyt mało. – „Stanowiło to jednak dowód, że wielu Polaków było za mną, że nie dało wiary oszczerstwom – stwierdza. – Zresztą nikt mnie nie wytykał na ulicy palcem, ludzie bardzo przyjaźnie reagowali, mimo, że na początku obawiałem się wychodzić z domu. Bo nie wiedziałem, czy ktoś nie powie – Ty złodzieju.”

Był jednak bez pracy. Nawet Akademia Obrony Narodowej, gdzie był wykładowcą na etacie adiunkta, pożegnała się z nim. Znalazł jednak zatrudnienie gdzie indziej. Po trzech miesiącach rozpoczął prace w prywatnej uczelni i uczy administracji i bezpieczeństwa państwa studentów zarządzania. – „Wypuściłem już osiemnastu pierwszych magistrów – mówi. – Napisałem też książkę na temat bezpieczeństwa narodowego Polski w XX wieku.”

Z polityką nie ma już żadnych związków. Ma dosyć. Wyrzucenie z ministerstwa przypłacił chorobą wieńcową. Stracił wiarę w świat idei. Jak mówi, 11 listopada, miał wątpliwości, czy wywiesić narodową flagę. – „Trudno mi było zrozumieć, że całe życie pracowałem dla tego kraju, narażałem się i wszystko zostało przekreślone jednym artykułem w „Rzeczpospolitej”. Bolało, że ze środowiska, w którym funkcjonowałem nie nadszedł ani jeden głos, nie tyle obrony, co wątpliwości i zapytania, czy tak było naprawdę? Do dziś nikt nie dzwoni, nikt nie zaprasza. No, poza „Solidarnością” w Radomiu i w Lesznie, gdzie dawniej mieszkałem. Najlepiej powiedział mi kiedyś policjant pod Białymstokiem – Ależ pan ku…, miał kolegów. I niestety, miał rację.”

Były wiceminister nie ukrywa, że obawiał się o swoje życie. – „Nawet mi ktoś powiedział, abym uważał, aby nie przejechała mnie ciężarówka. A nie było to wykluczone. Próby zamachów przeżyłem już jednak za PRL i umiałem już z tym żyć.”

Jerzy Walentek, dziennikarz „Życia Warszawy” nie wierzy w niewinność Szeremietiewa. – „Za jego czasów w MON było zbyt wiele patologii – mówi. – A i życie prywatne i te inwestycje domowe nie są takie jasne. Nie wiem, czy jest winien, od tego jest sąd, lecz wiele kwestii z nim związanych wymaga wyjaśnienia.”

– „Za moich czasów nie znaleziono żadnych patologii – ripostuje były wiceszef MON – NIK, przedstawiając w maju 2001 r. raport o zagrożeniach korupcyjnych, wskazywał na wiele działów, ale nie było tam nic na temat mojej części ministerstwa, czyli Pionu Uzbrojenia i Infrastruktury.”

Zdaniem innego dziennikarza, całość zmontowały służby specjalne. – „I politycznie, to też pewnie komuś było na rękę. Chyba jednak nie SLD, bo oni byli wtedy zbyt słabi. Raczej ludziom z AWS, bo chcieli pokazać nową twarz. No i Komorowskiemu.”

Na pewno usunięcie Szeremietiewa sprawiło, że jego przetargi zrealizowało SLD-owskie kierownictwo MON. WSI za czasów rządu Leszka Millera nic złego się nie stało, a ludzie Komorowskiego zostali oszczędzeni. I to jest chyba odpowiedź na pytanie, dlaczego należało pozbyć się wiceministra, skompromitować i zamknąć mu usta. Czy jednak kiedykolwiek dowiemy się całej prawdy?

Sam Szeremietiew z optymizmem patrzy w przyszłość. Wierzy w oczyszczenie przed sądem. Nie wyklucza nawet powrotu do polityki. – „Musiałyby jednak być spełnione określone warunki – zastrzega. – Potrzebni są odpowiedni ludzie i swoboda działania. Najważniejsze jednak, aby strategia wygrała nad taktyka. W przeciwnym, bowiem razie doraźne cele zawsze doprowadza do porażki.”


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej