O likwidacji poboru – rozmowa z byłym Ministrem Obrony Narodowej Romualdem Szeremietiewem

Gruzja miała ponad 30 tys. żołnierzy silnie uzbrojonych, 250 czołgów, ponad 200 podjazdów opancerzonych, 25 samolotów, silną artylerię. Stosując gruzińskie wskaźniki do Polski powinniśmy mieć armię zawodową liczącą jakieś 170 – 190 tys. żołnierzy. Kiedy ruszyła ofensywa wojsk rosyjskich (wojsko z poboru), kilkanaście tysięcy żołnierzy i 150 czołgów ze wsparciem lotnictwa, to okazało się, że nie bardzo było komu bronić gruzińskich miast.

Minister Klich zamierza definitywnie rozstać się z armią poborową.
Gdybyśmy istotnie zechcieli pójść drogą likwidacji poboru i powierzenia obrony Polski wyłącznie armii zawodowej jakie według Pana będą tego konsekwencje?

Najpierw zastanówmy się, czy min. ON może to zrobić? W Konstytucji RP zapisano, że na wszystkich obywatelach ciąży powszechny obowiązek obrony państwa. Taką nazwę nosi też ustawa regulująca kwestie odbywania zasadniczej służby wojskowej – „ustawa o powszechnym obowiązku obrony RP”.

Minister Obrony, nota bene NARODOWEJ nie może tak po prostu zrezygnować z poboru do odbycia służby wojskowej – Konstytucja RP nakazuje taką służbę odbyć. Co więcej nie można też pod kątem zniesienia poboru zmienić ustawy bowiem będzie ona sprzeczna z konstytucją. Ciekaw jestem ogromnie jak z tym uporali się prawnicy ministerstwa obrony – zapowiadanych projektów ustaw w tej sprawie ciągle nie można zobaczyć.(*)

Teraz inny aspekt likwidacji poboru do wojska. Polska ma kilka milionów ludzi zdolnych do noszenia broni. Nie będą oni przydatni w obronie kraju, jeśli wcześniej nie nauczą się posługiwać bronią, nie poznają żołnierskiego rzemiosła. Powiada się, że wojny wygrywają rezerwiści. Dlatego jednym z najważniejszych zadań wojska okresu pokojowego jest szkolenie rezerw.

W razie zagrożenia wojennego przeprowadza się mobilizację, czyli zwiększa kilka razy armię czasu „P” powołując rezerwistów, ludzi wcześniej wojskowo przeszkolonych. Jeśli powstanie armia zawodowa w kształcie proponowanym przez MON, to po zniesieniu poboru z czasem nie będzie przeszkolonych rezerw i nie będzie kogo mobilizować na wojnę.

Byłoby niedopuszczalne, by w razie konfliktu zbrojnego ludzie nie przygotowani i nie przeszkoleni byli kierowani bezpośrednio do walki. To nie zapewni skutecznej obrony, a spowoduje wielką liczbę ofiar wśród obrońców. Innymi słowy mała armia zawodowa – na dużą nas przecież nie stać – być może będzie skuteczna w akcjach poza granicami kraju (w Iraku i Afganistanie nie widać skuteczności), ale raczej nie zapewni bezpieczeństwa Polsce w razie wybuchu wojny.

Czy armia zawodowa jest w stanie szkolić rezerwy?

To zależy od wielu czynników. Pytanie podstawowe brzmi: ilu ludzi w jakim czasie można wyszkolić? W USA, na które powołują się nasi zwolennicy armii zawodowej jest duża armia zawodowa i komponent sił zbrojnych pod nazwą Gwardia Narodowa, umożliwiający w razie konieczności masowe szkolenie rezerw. Wszyscy obywatele zdolni do służby wojskowej są rejestrowani i w razie konieczności powołuje się ich do wojska, szkoli, następnie wysyła na front.

Podobnie ma być w Polsce. Tylko, że Polska to nie Ameryka. W USA można szkolenie przeprowadzić stosunkowo szybko, zważywszy na wielkość armii zawodowej. Do tego warto pamiętać, że Stany Zjednoczone graniczą z Kanadą, Meksykiem oraz dwoma oceanami. W tych warunkach proces szkolenie rezerw nie będzie zagrożony bezpośrednio przez wojska agresora.

W przypadku Polski jest inaczej. Będziemy mieli malutką armię zawodową i mamy kiepskie położenie geostrategiczne. Porównajmy jeszcze – Wielka Brytania, która jest wyspą. Francja czy Hiszpania, leżące w bezpiecznej części kontynentu europejskiego i Polska znajdująca się na „linii frontowej”. Wprawdzie nie tylko Polacy słyszą pogróżki ze strony rosyjskich generałów jednak z Kaliningradu dużo bliżej do Warszawy niż do Paryża, Londynu, Madrytu czy Waszyngtonu.

Dobrym przykładem właściwego podejścia do problemu przygotowania kraju na czas wojny jest np. Szwajcaria. Kraj bezpieczny, wystarczy zobaczyć jakich ma sąsiadów, a mimo to posiadająca rozbudowany system obrony terytorialnej i ustawicznie szkolący wojskowo rzesze swych obywateli. Dodajmy – Szwajcaria nie ma armii zawodowej chociaż byłoby ją na to stać. Polscy twórcy planów utworzenia armii zawodowej, zapatrzeni w USA, odrzucili taki „szwajcarski” wariant sił zbrojnych. Widać to po stosunku MON do wojsk Obrony Terytorialnej.

Co to oznacza dla obronności państwa?

Fatalne skutki. Trzeba pamiętać czym jest armia zawodowa. Znajdujący się w niej ludzie „pracują”, tj. wykonują „zawód” żołnierza za wynagrodzenie. A więc jeśli znajdą gdzie indziej lepsze zarobki to w wojsku ich nie będzie. W Belgii utworzono armię zawodową, a teraz nie ma chętnych i rząd rozważa likwidację wojska w ogóle.

Pamiętam moją wizytę w Belgii. Przed frontem kompanii honorowej, a byli to starsi panowie z brzuszkami, spojrzałem w stronę belgijskiego ministra obrony, który powiedział: nie mamy chętnych do pracy w wojsku. Może tak się zdarzyć również u nas. W MON zapomniano ponadto, że Wojsko Polskie nigdy nie było „fabryką”, miejscem pracy. Zawsze uważano, że żołnierz SŁUŻY Ojczyźnie, a nie przebrany w mundur „pracuje”.

Wojsko było ważną społecznie i narodowo instytucją. Miejscem kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich służących w nim ludzi. Jest przecież esprit de corps („duch armii”) i jej tradycja. Czy można te wartości wyliczyć w złotówkach? Czy kondycja współczesnego żołnierza polskiego ma sprowadzać się do problemu wysokości jego zarobków? Nie należy mylić obowiązku troski państwa o materialne warunki służby żołnierzy z takimi sprawami jak misja wojska i patriotyzm służby.

To trochę tak, jakbyśmy chcieli ustalić od jakiej kwoty, „za ile”, warto być polskim patriotą. Jakie były zarobki powstańca warszawskiego 1944 r.? Może byłoby dobrze, aby każdy nowy minister obrony przed objęciem stanowisko przeczytał „De virtute militari, Zarys etyki wojskowej” ojca Bocheńskiego?
Skutki zamiarów MON dla obronności mogą być fatalne. Wg mnie będą powodować osłabienie stanu bezpieczeństwa narodowego.

Czy to prawda, że wśród części wyższych dowódców a nawet kadry Akademii Obrony Narodowej istnieje opór przeciwko takiemu stawianiu sprawy?

Armia jest politycznym „niemową”, a oficerowie muszą słuchać poleceń ministra polityka, cywila, często kogoś, kto nigdy w wojsku nie służył. Ilu wśród wojskowych będzie takich, którzy chcąc się przypodobać szefowi ignorantowi będą chwalili jego pomysły?

W dowództwach i Akademii Obrony Narodowej są oficerowie rozumiejący dobrze potrzeby obronne kraju. Każdy myślący dowódca musi zdawać sobie sprawę, że proponowany przez polityków model armii nie odpowiada potrzebom obronnym RP. Nie oni jednak decydują i nie ich głos liczy się najbardziej w gabinetach tzw. decydentów. Dominują zwolennicy armii zawodowej.

Przeczytałem, że armią zawodową będzie można lepiej bronić Polski, bowiem w razie wojny będzie nią można sprawniej manewrować. To prawda, że chcąc uniknąć zniszczenia mała armia zawodowa musi być szczególnie wyćwiczona w unikaniu starcia z wrogiem. Imć pan Zagłoba pytany dlaczego jazda wołoska nosi nazwę lekka odpowiadał – bo lekko ucieka. Powstaje jednak problem jak samym „manewrowaniem” obronić stosunkowo duże terytorium przed wielką armią napastniczą?

Czy pozbawienie sporego kraju, w środku Europy, większości potencjału obronnego nie jest swoistym wyzywaniem losu?

Właśnie, kraju leżącego w środku Europy i na skraju UE oraz NATO! Nasi pożal się Boże stratedzy zdają się nie wiedzieć, że najważniejszym elementem systemu obronnego są ludzie, którzy będą bronić kraju. Nawet najlepsze uzbrojenie jest bezwartościowe jeśli nie będzie wystarczającej liczby obywateli patriotów – żołnierzy. Do tego skoro nasi sojusznicy mają w większości armie zawodowe, to wsparcie obrony Polski z ich strony nie będzie natychmiastowe. Muszą mieć czas na zmobilizowanie swoich sił.

W XVIII wieku nasi przodkowie mieli taką koncepcję bezpieczeństwa państwa – nie mamy wojska i nikomu nie zagrażamy, a więc inni też nie będą nam zagrażać i tym samym państwo będzie bezpieczne. Rosyjska caryca Katarzyna i król Fryderyk pruski mieli jednak inny pogląd i słabiutka wojskowo Polska na 123 lata zniknęła z mapy politycznej Europy.

Jak Pan ocenia potrzebę utworzenia w Polsce systemu obrony terytorialnej czy armii obywatelskiej szkolącej rezerwy na wypadek zagrożenia wojennego.

Jest to niezbędne jeśli chcemy właściwie przygotować kraj do obrony i … mamy dysponować na czas wojny przeszkolonymi rezerwami. Kierowałem niegdyś zespołem opracowującym taki system i minister ON Janusz Onyszkiewicz zatwierdził ten projekt kierując go do realizacji. Wszystko umarło śmiercią naturalną po usunięciu mnie z MON w 2001 r. Jednostki OT są dziś w planach MON marginesem bez przyszłości. A żołnierze trafiający obecnie do wojsk operacyjnych i do tych „resztówek” OT przechodzą podobne wielomiesięczne i kosztowne przeszkolenie. Tymczasem właściwie zbudowany system obrony terytorialnej to krótkie szkolenie żołnierzy, czyli mniej uciążliwe i dużo tańsze. Jeśli jednak całkowicie zlikwidujemy pobór będzie jeszcze taniej….

Nie wolno też zapominać o aspekcie społecznym systemu OT. Stworzenie powszechnych sił terytorialnych spowodowałoby z czasem uformowanie się obywatelskiej struktury wojskowej. Na szczeblu gminy, powiatu pojawiło by się wojsko uruchomiane w czasie zagrożeń, nie tylko w razie wojny, ale np. klęsk żywiołowych.

Żołnierze OT, na co dzień cywile, zwykli obywatele, w czasie ćwiczeń i wykonywania zadań występowaliby w mundurach. Mieliby za zadanie bronienie swoich rodzin, domów, miejscowości. To wiązałoby obowiązek obrony kraju z tym co dany człowiek uważa za sprawy mu najbliższe. I w ten sposób obowiązkowa służba wojskowa byłaby też kształceniem postaw patriotycznych i obywatelskich. Tego nie uda się uzyskać przy pomocy armii zawodowej.

Jakie rozwiązania organizacji obronności uważa Pan za najlepsze dla Polski?

Musimy pamiętać, że na wszystkich obywatelach ciąży powszechny OBOWIĄZEK obrony kraju. Czy obywatel „przeniesiony do rezerwy” bez odbycia służby wojskowej wykonał ten konstytucyjny wymóg? Zgodnie z Konstytucją RP szkolenie powinno obejmować wszystkich obywateli zdolnych do służby wojskowej.

Przeszkolenie żołnierza w ramach obowiązkowej służby w obronie terytorialnej powinno trwać trzy, cztery miesiące. Skoro mamy rocznie 200-300 tys. poborowych to stan wojsk OT mógłby wynosić odpowiednio od 50 do 100 tys. żołnierzy. Wraz z wojskami operacyjnymi, zawodowymi, pokojowy stan sił zbrojnych RP mógłby wynosić jakieś 150-160 tys. żołnierzy.

O przydatności sił OT w obronie dowodzi chociażby to co się stało w Gruzji. Władze tego państwa wydały w ostatnich latach naprawdę sporo na wojsko. Przy czym tworzono armię korzystając z pomocy instruktorów amerykańskich (było ich1300) i tworząc w zasadzie zawodową armię wojsk operacyjnych (90% żołnierzy to zawodowi lub kontraktowi).

Zrezygnowano z wojsk OT. Gruzja miała więc ponad 30 tys. żołnierzy silnie uzbrojonych (250 czołgów, ponad 200 podjazdów opancerzonych, 25 samolotów, silną artylerię). Jak na państwo z 6,7 mln obywateli to była znaczna siła (stosując gruzińskie wskaźniki do Polski powinniśmy mieć armię zawodową liczącą jakieś 170 – 190 tys. żołnierzy).

Gruzińskim „zawodowcom” nie powiodła się operacja zajęcia mikroskopijnej Osetii Południowej, gdzie opór stawiła „milicja” osetyńska, czyli miejscowe OT z niezbyt silnym garnizonem rosyjskich „sił pokojowych”. A kiedy ruszyła ofensywa wojsk rosyjskich (wojsko z poboru), kilkanaście tysięcy żołnierzy i 150 czołgów ze wsparciem lotnictwa, to okazało się, że nie bardzo było komu bronić gruzińskich miast, linii komunikacyjnych, portów.

Czy oprócz komponentu obrony terytorialnej( OT) powinniśmy kontynuować proces tworzenia armii zawodowej?

Oczywiście. Wojska operacyjne posługujące się drogim i skomplikowanym technicznie uzbrojeniem powinny być zawodowe. A rozbudowane siły OT byłyby też swoistym zapleczem zawodowej część armii. Ochotników na żołnierzy zawodowych moglibyśmy pozyskiwać spośród przeszkolonych w obronie terytorialnej. W wojskach operacyjnych znaleźliby się więc pasjonaci wojska.

Czy utrzymywanie wyposażenia takich oddziałów nie byłoby utrudnione? Chodzi o bezpieczeństwo magazynów sprzętu i materiałów wojskowych.

Obrona Terytorialna to tzw. lekka piechota przygotowana do działań ochronnych, wpierania wojsk operacyjnych i w razie konieczności zdolna do prowadzenia działań nieregularnych. Uzbrojenie takich oddziałów stanowi broń lekka, strzelecka i maszynowa, materiały wybuchowe, środki obrony przeciwpancernej i przeciwlotniczej np. rakiety „Grom” obsługiwane przez pojedynczych żołnierzy.

Mundury i oporządzenie żołnierze OT mogliby przechowywać w swoich domach, a broń w odpowiednich magazynach. Nie bez znaczenia byłby fakt, że całe wyposażenie wojsk OT mógłby wytworzyć polski przemysł obronny. Kwestie logistyczne w przypadku wojsk OT są łatwe do rozwiązania. Zakładając, że wojsko zbyt szybko nie wyzbędzie się posiadanej infrastruktury – niestety w tej dziedzinie poczyniono już dużo złego.

Reasumując – Polska potrzebuje nowoczesnych, mobilnych, profesjonalnych wojsk operacyjnych (armia zawodowa) i masowego, przeszkolonego komponentu wojsk terytorialnych. Dlatego uważam, iż podstawą naszej obronności powinien pozostać obowiązkowy pobór i szkolenie rezerw.

Mówię rzeczy niepopularne, ale robię to dlatego, że martwi mnie stan obronności kraju. Mam krytyczny pogląd na to co MON zamierza zrobić. Można odwoływać się do idei armii ochotniczej, jeśli jest odpowiednio wysoki poziom patriotyzmu w społeczeństwie, ale nam przecież nie chodzi o to, by ustalić ilu jest patriotów w kraju, ale by w momencie zagrożenia każdy obywatel wiedział jak się bronić.

To podobna sprawa do umiejętności prowadzenia samochodu – zanim zasiądziemy za kierownicą trzeba zdobyć prawo jazdy. Czy bezpieczeństwo narodowe nie jest ważniejsze od bezpieczeństwa na drogach?

Powinniśmy przygotować siły do obrony kraju i stworzyć system obrony państwa gwarantujący Polsce bezpieczeństwo nawet, gdyby wsparcie sojusznicze nie spełniało naszych oczekiwań.

Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że siły zbrojne RP są w stanie wypełnić konstytucyjny obowiązek zapewnienia państwu polskiemu nienaruszalności jego granic i terytorium. Mała armia zawodowa, jaką chce nam zafundować MON, nie będzie zdolna sprostać temu obowiązkowi. Oby nie było tak jak w 1939 r., gdy gen. Tadeusz Kutrzeba wspominając bitwę nad Bzurą powiedział: wojsko otrzymało niewykonalny rozkaz obrony kraju.

(*) ps. Projektów ustaw nie ma, ale znalazłem na stronie internetowej MON dział pt. profesjonalizacja, a w nim „pytania i odpowiedzi” dotyczące także moich wątpliwości. I tak mądre głowy z MON wyjaśniają, że „Wprowadzenie profesjonalizacji Sił Zbrojnych, rozumieć należy jako pełnienie służby wojskowej przez żołnierzy zawodowych, przy jednoczesnym zawieszeniu obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej.” Hm, zawieszony obowiązek? I dalej czytamy: „… w przypadku określonych zagrożeń i potrzeb Sił Zbrojnych, Prezydent RP – działając na wniosek Rady Ministrów – będzie miał prawną możliwość ponownego wprowadzenia obowiązku zasadniczej służby wojskowej. Zatem obowiązek powszechnej obrony w dalszym ciągu będzie miał charakter powszechny, a projektowane przepisy jedynie ograniczają jego zakres.” Czyli przepisy tak „ograniczają” zakres służby wojskowej, że powszechnej służby wojskowej nie ma. I najzabawniejsze – „Jednakże, każdy obywatel polski, zdolny do pełnienia służby wojskowej, w myśl art. 85 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązany jest do obrony ojczyzny, co oznacza, że projektowana zmiana charakteru Sił Zbrojnych nie zdejmuje konstytucyjnych zobowiązań obywatela wobec państwa.” Innymi słowy obywatel ma nadal obowiązek, tylko państwo (wojsko) nie zamierza mu w niczym pomóc, aby w razie potrzeby mógł ten obowiązek spełnić – hm, w bój bez broni?
I kuriozum. Pytanie „6. Kto będzie miał uregulowany stosunek do powszechnego obowiązku obrony?” Odpowiedź: „Wszyscy ci, którzy dopełnili obowiązek zgłoszenia się do kwalifikacji wojskowej celem założenia ewidencji wojskowej.” Czyli wystarczy zarejestrować się i wszystko będzie ok., możemy zaśpiewać dzisiaj rezerwa w szeregi staje, a komu broń swą oddaje?

Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej