Modernizacja armii – między faktami a mitami

Polska Zbrojna, dn. 2001.05.22

Rozmowa z dr hab. Romualdem Szeremietiewem, sekretarzem stanu, I zastępcą ministra obrony narodowej


Czy ostatnie trzy wypadki samolotu CASA będą miał wpływ na dalszy przebieg wyboru samolotu transportowego dla Polski?


– Wypadki lotnicze są smutną rzeczywistością. Jeżeli prześledzimy historię lotnictwa, to znajdziemy też wiele katastrof lotniczych. Jednak nie ma takiej prostej zależności: samolot spadł, a więc jest zły, a więc wycofujemy go z lotnictwa. Za każdym razem bada się skrupulatnie przyczyny katastrofy, ustala jej przyczyny i są one różne. A zanim samolot zastanie przyjęty na wyposażenie przechodzi ogromną ilość badań i prób i dopiero po tym otrzymuje – lub nie – stosowne certyfikaty dopuszczające go do lotów. W przypadku wojskowego samolotu transportowego konieczne są certyfikaty wojskowy i cywilny. A nie dostaje się ich zbyt szybko i łatwo, o czym przekonali się producenci włoskiego Spartana. Starania o certyfikaty dla tego samolotu trwają od 1996 r. i jeszcze nie zakończyły się. [Tuż przed zakończeniem postępowania do MON wpłynęły dokumenty z Włoch informujące, że Spartan uzyskał niezbędne certyfikaty, to oznaczało konieczność odstąpienia od planowanego zakupu z wolnej ręki bowiem były już dwie oferty samolotów – CASA i Spartan . Pisma w tej sprawie skierowałem do min. Komorowskiego. Minister nie zareagował, a po odwołaniu mnie ze stanowiska zdecydował o zakupie samolotu CASA na zasadach zakupu z wolnej ręki.]
A co do wypadków – Polska sprzedaje do Indii samoloty szkolne Iskra. Hindusi bardzo sobie je chwalą. Jak wiadomo były w Polsce wypadki lotnicze Iskier. Czy może Hindusi zmienili zdanie o przydatności tego samolotu dla ich lotnictwa? Oczywiście, że nie. Była kilka katastrof F-16 i nikt nie zrezygnował z tych samolotów. Coś niedobrego działo się też z Gripenem, a jednak Szwedzi uważają go słusznie za bardzo dobry samolot.
Na samolotach transportowych CASA latają lotnicy kilku państw natowskich. Także nasze dowództwo lotnictwa uważa je za dobre i sprawdzone samoloty. W tej chwili jesteśmy w trakcie negocjacji z producentem tych samolotów. Sadzę, że wspomniane przez Pana katastrofy komisja weźmie pod uwagę ustalając warunki zakupu. Osłabiają one przecież pozycję naszego partnera co w negocjacjach ma znaczenie.


Jakie są losy przetargów, które miały być wkrótce rozpoczęte?


– Przetarg można rozpocząć dopiero po tym, gdy zostaną spełnione warunki ściśle określone przez prawo. W naszym przypadku najpierw musi być stosowne zapotrzebowanie odpowiedniego dowództwa wojskowego, następnie plan zatwierdzony przez ministra ON oraz źródła finansowania określone zgodnie z wymogami ustawy o finansach publicznych. Projekt planu zakupów na 2001 r. złożyliśmy Ministrowi ON w połowie grudnia roku ubiegłego. Przy końcu lutego br. Minister projekt zatwierdził. Decyzję budżetową MON otrzymaliśmy w drugiej dekadzie kwietnia. W oparciu o ten dokument, w siedem dni później, przedłożyliśmy Ministrowi plan zakupów i badań. Z wyłączeniem kilku pozycji plan został zatwierdzony przez Ministra w połowie maja. W dniu 25 maja sejm uchwalił ustawę o finansowaniu planu 6-letniego, co otwiera drogę do kontraktów wieloletnich. Tak więc wygląda przebieg zdarzeń warunkujących rozpoczęcie przetargów. Nie trzeba dodawać, że podjęte postępowanie przetargowe musi być zgodne z ustawą o zamówieniach publicznych, która określa też w jakim czasie można przetarg rozstrzygnąć.


Czas niezbędny dla wykonania określonych czynności w procesie przetargowym.


Lp. Etap realizacji zamówienia Czas konieczny do wykonania etapu
1 Opracowanie i uzgodnienie z użytkownikiem zadania stanowiącego podstawę merytoryczną I studialnej dla fazy zakupu. Ok. 3 tygodnie
2 Opracowanie planu sposobu realizacji zamówienia i specyfikacji istotnych warunków zamówienia. Od 1 do 4 tygodni, w zależności od stopnia złożoności tematu.
3 Zaproszenie do zgłoszenia zainteresowanych udziałem w przetargu. 3 tygodnie – zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych.
4 Przedstawienie ofert przez oferentów (czas konieczny dla analizy przedmiotu zamówienia, dokonania kalkulacji finansowej, uzgodnienia kooperacji, analizy zakupów, uzyskanie stosownych zaświadczeń). Od 4 do 6 tygodni – zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych.
5 Analiza ofert przez komisję. Minimum 1 tydzień.
6 Zawarcie umowy Minimum 1 tydzień.
Razem: Od 13 do 18 tygodni.


Przypomnę, że do niedawna mogliśmy operować w ramach środków rozliczanych w jednym roku budżetowym. To bardzo utrudniało proces kontraktacji i bywało powodem kłopotów z wydatkowaniem na czas środków budżetowych. Ma też negatywny wpływ na prace badawcze. Tzw. programy B+R (badań i rozwoju) są ustawicznie niedofinansowywane, bo dowódcy co roku mówią, że nie mogą dać tyle pieniędzy, ile było poprzednio zaplanowanych. Przykładem ustawicznych trudności z finansowaniem jest chociażby program LOARA rokujący przecież duże nadzieje na sukces. Chcę jednak sprostować powierzchowne opinie o rzekomo niskiej efektywności realizowanych badań. (Można usłyszeć opinie, że poza rakietą plot. „Grom” i czołgiem PT-91 nic nam się nie udało.) A wobec tego co oznacza zakończenie pozytywnym efektem takich zadań jak: Nur-22 i Nur-11, Łowcza, Tytanit, Jodek, Beskid, Sum, Mid, Kroton, Etna i wiele innych. W latach 1998-2000 dla wojsk lądowych zostało wdrożonych w pełni do produkcji 80 zakończonych prac. W Polsce prawie 72 proc. wszystkich prac badawczych podlega procesowi wdrożenia. To naprawdę bardzo dobry wynik skoro wiadomo jaka jest natura badań naukowych – nie każde badanie kończy się sukcesem.
Czym innym jest też dyskutowanie i rozważanie jakie uzbrojenie chcielibyśmy kupić, a czym innym przeprowadzenie zakupu. Ludzie często mylą wypowiedzi i dyskusje o zamiarach zakupów z faktem ogłoszenia przetargu. Dlatego odpowiadając na różnego rodzaju wątpliwości wyjaśniam, że jak dotąd nie było np. przetargu na transporter kołowy czy na przeciwpancerne pociski kierowane. Były natomiast liczne dyskusje na ten temat, badanie możliwości ogłoszenia przetargów, rozważanie różnych wariantów uzyskania tego uzbrojenia i poszukiwanie pieniędzy.
Obejmując stanowisko w MON zastałem uruchomiony przetarg na samobieżną armato-haubice 155 mm. Ten środek bojowy znajdował się w zapotrzebowaniu wojsk lądowych, jest zgodny z odpowiednim celem NATO przyjętym przez nasze siły zbrojne, były wydzielone pieniądze i był … nie rozstrzygnięty przetarg. Doprowadziłem do zakończenia procedury. Prace, mimo ograniczeń finansowych idą bardzo dobrze i w czerwcu pokażemy prototyp działa. Dziś dowiaduję się, że uzbrojenie wojska w armato-haubicę 155 mm nie jest najważniejsze i trzeba zastanowić się czy ten program warto kontynuować. Czy to oznacza, że miałem może „utrupić” rozpoczęte wcześniej postępowanie? Gdybym to zrobił, to dziś pewnie usłyszałbym zarzut: mogłeś zakończyć program armato-haubicy, czemu tego nie zrobiłeś? Czasami odnoszę wrażenie, że w Polsce obowiązuje zasada: cokolwiek zrobisz będzie źle. Najbezpieczniej jest więc nic nie robić.


Robert Rochowicz: Czy chciałby pan mieć dalszy wpływ realizację 6-letniego programu?


– We wrześniu będą wybory parlamentarne i wnosząc z sondaży przedwyborczych należy przypuszczać, że inni ludzie będą kierować resortem obrony. Mógłbym więc powiedzieć, że to już nie jest moja bajka. Ale pomijając ten wyborczy szczegół odpowiadam, że chciałbym mieć wpływ na realizację planu. Plan 6-letni jest wynikiem pracy zespołu kierującego ministerstwem obrony. Jest niejako zakończeniem, finałem naszej i mojej działalności w MON. Przyjęty plan modernizacji armii to bardzo ciekawy i ambitny program. Będzie bardzo trudny w wykonaniu i może przynieść zakładane rezultaty, ale może też zawieść. Wiadomo, że przysłowiowy diabeł tkwi we wskaźniku wzrostu gospodarczego i wielkości PKB. Jeżeli będzie następował wzrost PKB, to zgodnie z ustawą o finansowaniu programu będzie coraz więcej środków, ale jeżeli nie, to mogą się pojawić kłopoty. To jest wielkie wyzwanie, z którym chciałbym się zmierzyć. No cóż, wszystko w rękach wyborców.


Janusz B. Grochowski: Jaka jest pana bajka?


– Wolę powiedzieć jak była moja „bajka”? Trzeba niestety użyć czasu przeszłego, chociaż w polityce bywa, że może on zamienić się w przyszły, jeżeli przeszły okazał się czasem niedokonanym.
U progu wyborów w 1997 r. w AWS kierowałem Zespołem Bezpieczeństwa Narodowego i przygotowałem program w zakresie obronności. Bardzo żałuje, iż wynik układów politycznych (koalicja z UW) i wewnętrzna sytuacja AWS nie dały mi szansy na pełną realizację tego programu. A polegał on nie na zmniejszaniu stanów liczebnych sił zbrojnych, ale na zmianie ich wewnętrznej struktury. Przypominam tutaj o koncepcji oparcia obowiązkowej służby wojskowej na obronie terytorialnej i przekształceniu wojsk operacyjnych w siły profesjonalne, zawodowe. Musimy spełniać wymogi NATO tj. mieć oddziały zdolne do reakcji poza granicami kraju, ale nie możemy redukować naszej armii do rozmiarów korpusu interwencyjnego przeznaczonego do misji poza granicami Polski. Musimy szkolić rezerwy i mieć przygotowaną obronę Polski do czasu otrzymania pomocy sojuszników. Ten obowiązek wynika jednoznacznie z zapisów natowskiej „konstytucji” traktatu waszyngtońskiego – związek miedzy art. 3 i art. 5. Sadzę, że jeżeli będziemy mieli mniejsze wojska operacyjne (są drogie), a większość polskich sił zbrojnych będzie tanią, lekką piechotą, to przy takiej samej liczebności armii jej utrzymanie powinno mniej kosztować, a tym samym więcej środków będzie można przeznaczyć na nowoczesne uzbrojenie. Program, który przedstawiłem cztery lata temu przewidywał, że pierwsze 2 lata poświęcimy na przygotowanie reformy w siłach zbrojnych, a następne 2 na wdrożenie. Uważam bowiem, że powodzenie reformy zależy od akceptacji proponowanych zmian przez kadrę zawodową WP. A kadra musi mieć szansę je poznać, przedyskutować, także coś zmienić i dopiero później zaakceptować. Ludzie powinni mieć świadomość, że są uczestnikami procesów decyzyjnych i odpowiadają za ich wdrożenie. Przeprowadzane zmiany w siłach zbrojnych nie powinny być wiedzą tajemną wysoce oświeconego grona kierowniczego i dowódców, którym „ręka nie zadrży”. Nie ma nic gorszego jak pomysł, który „ktoś” w nocy wymyśli i rano roześle do wykonania. Nic dziwnego, że w takim przypadku adresaci decyzji są zdziwieni, a większość przestraszona, bo sądzi, że nie spotka ich raczej nic dobrego. A ponadto kluczowym momentem w realizacji programu powinna być zgoda ponadpartyjna. Dowódcy wojskowi, którzy zaangażują się w zmiany w siłach zbrojnych muszą mieć pewność, że nie będą poddawani naciskom wraz ze zmianą kierownictwa resortu obrony.


Maria Wągrowska: Z pana głosu przebija pewien sceptycyzm. Czy źle to odczytuję?


– Myślę, że raczej realizm. Sceptycyzm oznacza brak wiary w osiągnięcie celu. Ja nie straciłem wiary w możliwość stworzenia nowoczesnych sił zbrojnych RP. Wiem jednak, że nie wystarczy tylko wiedzieć i chcieć. Trzeba jeszcze mieć w ręku niezbędne środki i możliwości działania. Nie chciałbym, aby moje doświadczenia potwierdziły powiedzenie, że pesymista to w istocie rzeczy dobrze poinformowany optymista. Wiem, że trwałych i dobrych rozwiązań nie można tworzyć w pośpiechu.


Maria Wągrowska: NATO zobowiązuje.


– NATO wcale nie nakazuje pośpiechu. A ja nie jestem zwolennikiem pośpiesznych działań. W 1992 r., kiedy objąłem resort po odwołaniu ministra Jana Parysa, miałem bardzo krytyczną ocenę funkcjonowania resortu obrony. Jednak wiedziałem, że będę miał do dyspozycji zaledwie parę miesięcy, a to zbyt mało by przeprowadzić konieczne reformy. Następny minister, który miał przyjść po mnie mógłby powiedzieć, że coś rozwaliłem i nic nie zbudowałem, że zostawiłem po sobie bałagan. Dziś jesteśmy w lepszej sytuacji, bo jak można sądzić wszystkie liczące się siły polityczne akceptują proponowany program zmian w wojsku. Jest on jednak rezultatem kilkuletniej pracy. Trochę szkoda, że te cztery lata już mijają.


Tadeusz Mitek: Ale te cztery lata to jednak dużo czasu.


– Oczywiście i sporo udało się zrobić. To nie był czas całkiem stracony. Z mojego programu udało się m.in. zrealizować zamiar szkolenia wojskowego młodzieży (klasy wojskowe w szkołach), wdrożono prace nad powołaniem Inspektoratu Wsparcia Terytorialnego (koncepcja OT została opracowana wcześniej), idziemy ku profesjonalizacji wojsk operacyjnych, realizujemy kilka ważnych programów modernizacyjnych i mamy pierwszy plan wieloletni oraz ustawa o finansowaniu potrzeb obronnych. To nie jest mało.
Polityka jest dziedziną, w której rzadko realizuje się 100 proc. planu. Uważam, że udało mi się zrealizować 30-35 proc. z tego, co zamierzałem. Oczywiście w trochę innych warunkach politycznych można było zrobić więcej, trochę inaczej, zapewne lepiej. Jestem jednak człowiekiem upartym i sądzę, że będę jeszcze miał sposobność by zrealizować to o czym myślę. Chciałbym przeczytać w gazetach, że mamy przyzwoite wojsko, którym można się pochwalić.


A co nie udało się zrealizować?


– Nie udało się stworzyć skutecznego systemu obrony państwa, chociaż udało się zapewnić gwarancje bezpieczeństwa Polsce dzięki uzyskaniu członkostwa w NATO.


Dlaczego?


– W Polsce ciągle nie ma poważnej dyskusji o wojsku i jego przyszłości. Przykładem może być debata sejmowa o obronności kraju. A jest wiele prawdy w powiedzeniu, że armia przygotowuje się do wojny, która już nigdy nie wybuchnie. Armia jest strukturą opartą na hierarchii, na tradycji, a więc z natury musi być konserwatywna. Dlatego zapewne nasze wyobrażenia, nie tylko dowódców, o kształcie sił zbrojnych i ich zadaniach są w gruncie rzeczy XX-wieczne. Nasza wyobraźnia odnosi się ciągle do doświadczeń II wojny światowej, wojny wielkich armii, tysięcy czołgów i samolotów. Tymczasem XXI wiek niesie całkiem inne wyzwania. Trzeba połączyć zapisany w dokumentach państwowych RP obowiązek powszechnej obrony z utworzeniem sprawnego instrumentu militarnego zdolnego do szybkich i precyzyjnych uderzeń. I takie zmiany są konieczne, jeżeli nie chcemy marnować pieniędzy. Aby jednak tego dokonać musi być poważna debata o obronności i musza być decydenci w MON o uznanym fachowym autorytecie, cieszący się silnym poparciem kadry zawodowej.


Barbara Kazimierczyk: Czy istnieje taka wizja?


– Są nawet różne wizje. Dyskusja na ten temat toczy się także w NATO. Najlepszym dowodem są zmiany w doktrynie sojuszu. Jednak w tym co nas dotyczy nikt Polaków nie zastąpi. W NATO każde państwo definiuje własne potrzeby obronne i wizję własnej armii.


Maria Wągrowska: A kto teraz robi analizy tego co się na zachodzie, wschodzie mówi o przyszłym polu walki?


– Sądzę, że Pani Redaktor wie bardzo dobrze jakie instytuty i ośrodki badawcze zajmują się analizami zagadnień z zakresu obronności i bezpieczeństwa narodowego. Także w MON są odpowiednie komórki. Jest też coś optymistycznego w tym, że między siłami politycznymi nie ma istotnej różnicy, jeżeli idzie o kwestie bezpieczeństwa narodowego i ocenę zasadniczych zmian w siłach zbrojnych. Zaczyna się też tworzyć grupa ludzi, którzy profesjonalnie i fachowo zajmują się obronnością i nie są to tylko wojskowi. Kiedy zdecydowałem się, że zajmę się naukami wojskowymi, to chciałem właśnie w tym kierunku zmierzać. Istniała pokusa, iż skoro mam tytuł magistra prawa, przeszłość opozycyjną i kilka lat w komunistycznym wiezieniu to powinno wystarczyć jako legitymacja w działalności politycznej. Jednak jeżeli stajemy się normalnym państwem to normalnym też powinien być wymóg posiadania stosownych kwalifikacji od osób ubiegających się o stanowiska dające wpływ na politykę państwa. Dlatego za wielkie osobiste osiągnięcie uważam to, że ostatnio zdołałem obronić pracę i uzyskać stopień naukowy doktora habilitowanego nauk wojskowych.


Wojciech Kiss-Orski: Dlaczego opozycja przyklaskuje obecnym koncepcjom?


– Nie przesadzajmy z tym klaskaniem. Opozycja potrafi krytykować i przypierać szefostwo MON do muru. Jednak skoro udało się opracować niezłą koncepcję reformy armii, to dlaczego opozycja miałaby jej nie akceptować? Zwłaszcza, że są w tej koncepcji rzeczy niezbyt przyjemne. Sądzę, że w kategoriach ściśle socjotechnicznych opozycja, która liczy na zdobycie władzy woli, aby trudne decyzje podjął wcześniej ktoś inny. Pamiętajmy, że elementem przyjętego 6-letniego programu jest redukcja stanów liczbowych kadry. Trudno oczekiwać, że wzbudzi to entuzjazm wśród redukowanych. Następny minister ON może więc powiedzieć, że gdyby on podejmował decyzje, to by wszystko zrobił inaczej.


Janusz B. Grochowski: Ale na dobrą sprawę redukcja będzie w przyszłym roku.


– To w niczym nie zmienia tego co powiedziałem wcześniej. Ale nie oznacza też, że nowy minister ON będzie miał łatwe zadanie.


Wojciech Kiss-Orski: Ponadto opozycja zawsze, nawet u nas w Polsce, tylko z natury swojej opozycyjności zawsze się nie zgadza…


– Więc jednak nie klaszcze? No nie, nie jest źle. Jeśli idzie o sprawy wojskowe nigdy nie miałem problemów z porozumiewaniem się z posłami bez względu na opcję polityczną. Odbiegamy tutaj od pewnej uznanej normy opozycyjności i chwała Bogu. Ponadto zaręczam, że w programie 6-letnimi rzeczy pozytywnych jest dużo. To jest ważny i potrzebny plan. Osobiście zapewne inaczej rozłożyłbym akcenty, a na pewno nie straszyłbym ludzi z garnizonów likwidowanych, a raczej „wygaszanych”- bo nie powinno to być działanie gwałtowne. To trzeba robić z trochę większą delikatnością. Szkoda, że nie było czasu by pozyskać wszystkich zainteresowanych. Nie tylko dowódców wysokiego szczebla, ale również kadrę w jednostkach, bo od niej bardzo dużo zależy.


Maria Wągrowska: Gen. Piątas też mówi z troską o kadrze.


– I zgadzamy się z Szefem Sztabu Generalnego. Zresztą obaj dobrze wiemy, że chodzi nie tylko o słowa i zgodne myślenie, ale i o zdecydowane działania.


Barbara Kazimierczyk: Najbardziej zdecydowany jest minister.


– Raczej zdeterminowany. Podjął się bowiem niezwykle trudnego przedsięwzięcia w warunkach ostrego deficytu czasu.


Maria Wągrowska: Spójrzmy jeszcze w przyszłość, bo w końcu ludzie, którzy zostają po wszystkich cięciach są zainteresowani tym, jaki sprzęt ma szanse trafić do jednostek.


– O tym jakie uzbrojenie i sprzęt trafi do jednostek już zdecydowali dowódcy rodzajów sił zbrojnych i Sztab Generalny WP dając niezbędne dane do planu 6-letniego. Jeżeli będą pieniądze i wola podejmowania decyzji to ten sprzęt trafi do wojska. Jeżeli nie, to plan będzie jeszcze jednym stosem zadrukowanych kartek papieru. W tej chwili wiadomo, że najważniejszym będzie zakup samolotu wielozadaniowego o ile sejm uchwali ustawę o sfinansowaniu tego zakupu. To jest najkosztowniejsza część planu modernizacji technicznej armii.


Tadeusz Mitek: I najbardziej kłopotliwa.


– Sensowne wydanie kilku miliardów dolarów jest na pewno przedsięwzięciem trudnym i kłopotliwym. Ale są także inne zakupy i programy wcale nie łatwiejsze. Jest też problemem jak ułoży się współpraca MON z Ministrem Gospodarki w zakresie umów kompensacyjnych czyli tzw. offsetu. Jaka będzie rola restrukturyzowanej i prywatyzowanej polskiej „zbrojeniówki„. Wkrótce uruchomimy przetargi, bo trwają prace przygotowawcze i ruszą programy pozyskania nowego uzbrojenia. Przekonamy się jak to wyjdzie w praktyce. [Mimo zakończenia przygotowań do przeprowadzenia przetargów na KTO i PPK min. Komorowski nie wyraził zgody, bym je uruchomił. Przetargi wystartowały za zgodą min. Komorowskiego po odwołaniu mnie ze stanowiska i usunięciu dyrektora płk Zwolińskiego z Dep. ZSZ – na jego miejsce przyszedł zaufany min. Komorowskiego płk Nowak i on przeprowadzał przetargi. Został na stanowisku po zmianie ekipy rządzącej (mianowany na wniosek min. Szmajdzińskiego generałem). Dziś prokuratura prowadzi śledztwa w związku za działaniami gen. Nowaka na stanowisku dyrektora DZSZ.]


Robert Rochowicz: Zastanawiam się, czy gdyby była większa współpraca między rodzajami sił zbrojnych, czy tych programów nie udałoby się realizować szybciej?


– Dziś dowódcy rodzajów sił zbrojnych są dysponentami tej części budżetu, którą wydają na podległe im wojska. To oni określają co należy kupić, jakie prace badawcze podjąć i oni rozstrzygają co będzie do wojska wdrożone. Departamenty MON zajmujące się zakupami, badaniami i infrastrukturą w istocie pełnią funkcje usługowe wobec tego czego oczekują dowódcy. Minister nie podpisze żadnego planu przedstawionego przez pion uzbrojenia i infrastruktury, jeżeli nie ma stosownego uzgodnienia, a więc akceptacji szefa SG WP i odpowiedniego dowódcy RSZ. Są też różne punkty widzenia, jeżeli idzie o realizację zakupów uzbrojenia i badań nad nową techniką wojskową. Są pomysły, aby zakupami zajmowała się wyspecjalizowana agencja poza MON-em. Tak jest we Francji, gdzie działa podległa ministrowi obrony, ale znajdująca się poza resortem agencja DGA. Tyle, że w naszym pionie uzbrojenia zamówieniami (rocznie ponad tysiąc procedur) zajmuje się 82 osoby, a DGA ma 22 tysiące pracowników. Pojawiają się też i takie pomysły, aby dowódcy wojskowi sami realizowali wszystkie badania i zakupy. Słyszy się niekiedy, że pion uzbrojenia i infrastruktury im zawadza bo działa opieszale i nieefektywnie więc jest zbędny. Pomijając zasadność tej krytyki i taki „drobiazg”, że prawo, a więc zasada cywilnej kontroli nad wojskiem, kodeks cywilny i ustawa o zamówieniach publicznych nie pozwalają na całkowite przekazanie zakupów w ręce dowódców, to warto chyba przyjąć, że musi istnieć rozsądna proporcja między tym co MON kupuje centralnie, a co „decentralnie”, w rodzajach wojsk. Wyobraźmy sobie, że każdy dowódca kupuje co chce. Każdy posiada więc własny aparat do realizacji zakupów i oddzielnie negocjuje kontrakty i ceny. Wiadomo, że inna będzie cena, gdy kupuje się 100 sztuk, a inna, wyższa, gdy 10. A więc w przypadku zamówień centralnych obok waloru jednolitości zakupywanego uzbrojenia, sprzętu i produktów mamy też niższe ceny i niższe koszty obsługi. Ponadto kupując nowe uzbrojenie musimy rozpatrywać ten sprzęt w bardzo wielu aspektach, chociażby w jaki sposób i gdzie będziemy go remontować, aby utrzymać jego sprawności, albo co z nim zrobimy jeżeli już przestanie nam być potrzebny. W innych państwach natowskich z reguły 22-25 proc. środków na zakupy uzbrojenia jest w gestii ministra obrony i to on decyduje o ich przeznaczeniu. W Polsce, w puli centralnej jest zaledwie kilka procent, a i te pieniądze mogą być wydane dopiero po konsultacji z dowódcami. Tak więc wpływ dowódców rodzajów sił zbrojnych na to co i jak się kupuje i bada jest bardzo duży. Z tego wynikają różnorodne konsekwencje. Nie jest przypadkiem, że w wielu krajach tworzy się połączone sztaby (dowództwa) rodzajów wojsk. Taki pomysł był też niedawno rozważany na konferencji w Akademii Obrony Narodowej. Sformułowano opinię, że trzeba utworzyć dwa dowództwa: połączonych operacji i wsparcia terytorialnego oraz zlikwidować obecne dowództwa rodzajów sił zbrojnych. Być może to jest droga do uzyskania wskazywanej w pytaniu Pana Redaktora większej współpracy między rodzajami SZ. Zostało stwierdzone w wielu armiach, że dowódcy rodzajów sił zbrojnych mają tendencję do autonomizacji. A to osłabia spoistość i sprawność całej armii. W związku z tym rolą ministra obrony i najwyższego dowódcy wojskowego jest nie dopuścić do tego.


Czy minister może do tego nie dopuścić?


– Oczywiście, Minister Obrony Narodowej w gruncie rzeczy może uczynić wszystko. Jego władza w resorcie jest rzeczywiście ogromna.


Janusz B. Grochowski: Jakie są konsekwencje tego stanu?


– Chodzi o autonomizację? Na przykład, ciągle spotykamy się z krytyką organów kontroli, że zbyt wiele inwestycji rozpoczynamy w garnizonach. Praktyka jest taka, że zaczyna się od małego przedsięwzięcia, którego nie zgłasza się do planu inwestycji. Co roku wydaje się jakieś mniejsze sumy i pewnego dnia zbiera się duża kwota. Wtedy słyszymy, dajcie środki na dokończenie bo szkoda zmarnować to co już wydano. I mamy remonty i nowe budynki w garnizonach, które czasem są likwidowane. I tak poza zatwierdzonym planem powstaje wiele dodatkowych inwestycji. Wspomniałem już o środkach przeznaczanych na badania. Na wniosek dowódcy podejmujemy jakiś program i uzgadniamy wielkość niezbędnych nakładów. W trakcie realizacji okazuje się, że w kolejnych latach otrzymujemy pieniądze mniejsze od planowanych. To oczywiście wydłuża badania, wymusza korekty i zmiany terminów. A w konsekwencji słyszymy zarzut, że badania zbyt długo trwają i nie przynoszą spodziewanych efektów. Nie oznacza to, że dowódcom trzeba zabrać pieniądze, ale skoro mają oni odpowiadać przede wszystkim za gotowość bojową, za szkolenie, to należy ich odciążyć od innych zadań. Nie mogę pojąć skąd u niektórych z nich taki zapał do prowadzenia trudnych i skomplikowanych procedur przetargowych. [Mój zamiar przejęcia od dowódców zakupów został przez nich mocno oprotestowany (zwłaszcza, gdy chodziło o zakupy paliwa). Stanowisko dowódców popierał min. Komorowski. Największą autonomię miał d-ca MW – na szczeblu centralnym nie było żadnych zakupów dla MW, a w departamencie Zaopatrywania SZ MON nie istniała „komórka morska” bo d-ca MW ją po prostu zabrał do Gdyni. Dziś prokuratura ściga logistyków MW za nadużycia w zakupach. A i rola wojskowych w tzw. mafii paliwowej (patrz: przeładunki ropy w portach MW) wygląda zagadkowo]
To powinny robić odpowiednio przygotowane i wyspecjalizowane instytucje resortu obrony.


Maria Wągrowska: Wiele wskazuje na to, że program finansowania, jeśli zostanie ostatecznie przyjęty będzie sprzyjał długofalowemu planowaniu i poniekąd zabiegnie chaotycznemu inwestowaniu, o którym pan mówił.


– Miejmy nadzieję, że tak będzie.


Tadeusz Mitek: Nie jest pan przekonany, że tak będzie?


– Kiedy ktoś przekroczy pięćdziesiątkę to jest ostrożniejszy w wyrażaniu stanowczych opinii. Z własnego doświadczenie wiem, że należy się raczej wystrzegać zachowawczych młodzieńców i radykalnych staruszków.


Janusz B. Grochowski: Ostatnio w redakcji żartujemy, że jak gdzieś remontują stołówkę, to pewne, że tę jednostkę zaraz rozwiążą. Choć tak naprawdę nie to jest wcale śmieszne.


– Wyremontowaliśmy stołówkę w Lesznie, a stacjonujący tam pułk plot. będzie wzmacniany. Wiec może ta zależność remont – likwidacja to rzeczywiście tylko żart. Ale ma Pan rację, że remonty w likwidowanych garnizonach to przykład marnotrawstwa i powód irytacji. Jednak aby być sprawiedliwym trzeba dodać, że były też obiektywne powody takich zdarzeń. Spodziewam się, że poczynając od planu 6-letniego zaczną się działania racjonalne bo zaplanowane i realizowane w cyklach kilkuletnich. Przedtem tego nie było i to nie dlatego, że byliśmy wyjątkowo indolentni, albo nam się nie chciało. Nie było po prostu wiadomo jakie mają być polskie siły zbrojne. Jakie zadania będą wykonywać. To nie jest zresztą tylko polski problem. Dzisiaj w wielu krajach kwestia przyszłości wojska to bardzo poważne pytanie. Jesteśmy w okresie, kiedy dawne rozwiązania rozsypały się albo straciły swoją użyteczność. Potrzebne są nowe. Ludzie z natury obawiają się zmian bo nie są pewni swego miejsca w nowej rzeczywistości. Taki stan musi powodować irytacje i stresy. Ale nie ulega wątpliwości, że przed zmianami nie uciekniemy. Płacimy więc niezbędne koszty i trzeba uczynić wszystko, aby podejmowane działania były racjonalne i zakończyły się pozytywnym efektem.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej