Metamorfozy radykała

Małgorzata Subotić, Rzeczpospolita, dn. 2007.01.27

Swą polityczną karierę Bronisław Komorowski budował powoli, lecz konsekwentnie. I dzisiaj w wieku 55 lat może zawalczyć o najwyższą stawkę. Jeśli jednak zagra źle, straci wszystko. Niewykluczone więc, że zadowoli się tym, co ma, i spocznie na laurach.

Dobrze, że nikt nie wypowiada Polsce wojny, bo zanim zebrałby się rząd, minister Komorowski podpisałby już kapitulację. Ten żart krążył po sejmowych kuluarach, gdy obecny wicemarszałek Sejmu był szefem resortu obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka, który w nieskończoność odwlekał podejmowanie decyzji.

Dzisiaj nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się w sejmowych kuluarach w zupełnie innej aurze. – Zachowuje się tak, jakby był przyszłym premierem Polski – mówią ci, którzy w Platformie Obywatelskiej są nastawieni do niego krytycznie.

Jeszcze niedawno Komorowski miał opinię człowieka rubasznego, niemal brata łaty, pracowitego, ale nieskłonnego do podejmowania decyzji. – Bronek się zmienił, stwardniał – uważają teraz partyjni koledzy.

Po marginalizacji Rokity Komorowski staje się numerem dwa w Platformie. Gromadzi kolejne funkcje i stanowiska: wicemarszałka Sejmu, wiceprzewodniczącego partii, ministra w gabinecie cieni odpowiedzialnego za sprawy zagraniczne, głównego organizatora kongresu programowego PO. Złośliwi mówią, że tę ostatnią funkcję otrzymał w nagrodę za pomoc w „zabijaniu” Jana Rokity. Ta nagroda zawierała dodatkowy smaczek, bo Rokita dotychczas odpowiadał za program partii, był szefem gabinetu cieni.

Na pasku Rokity

Gdy konflikt Tusk – Rokita z całą jaskrawością ujrzał światło dzienne, Komorowski opowiedział się jednoznacznie po stronie lidera Platformy. Niedoszły premier z Krakowa skarżył się publicznie, że do walki z nim użyto czołgów, które po nim przejechały. Pierwszym z nich kierował Tusk, ale następnym – Komorowski. Podczas posiedzenia Klubu PO, który rozliczał Rokitę z popierania kandydata PiS na prezydenta Krakowa, pouczał go, że myli taktykę ze strategią.

Przez lata był jednak cieniem Rokity i robił to, co uzgodnili.

W 1997 roku opuścili Unię Wolności w proteście przeciwko polityce przewodniczącego Leszka Balcerowicza. I zaraz utworzyli nową partię, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe.

– Janek zawsze mógł liczyć na wsparcie Bronka, który go kochał miłością bez wzajemności – uważa Artur Balazs, współzałożyciel SKL.

Cztery lata później weszli do Platformy Obywatelskiej i znaleźli się w jej władzach. Pierwsze rozbieżności zaczęły się, gdy Komorowski został wyznaczony przez Tuska do czyszczenia tzw. układu warszawskiego. A bardzo poważne – kilkanaście miesięcy później, gdy Rokita nie poparł Komorowskiego w staraniach o pierwszej miejsce na liście poselskiej w Warszawie.

Oparcie w piskorczykach

Komorowski stanął na czele specjalnej komisji do wyjaśnienia udziału ludzi mazowieckiej Platformy w aferze mostowej. Jej dokonania były skromne. Rokita grzmiał, że w Warszawie jest nadal sitwa. Zwolniono kilku mniej znanych działaczy. Stołeczna prasa oceniała, że powierzenie Komorowskiemu kierowania komisją było wątpliwe. Jeśli trzymać się wysokich standardów moralnych, nie powinien jej przewodniczyć, bo na początku lat 90. był w grupie osób, które na przetargu kupiły od gminy Jabłonna atrakcyjne działki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że gmina dostała je od wojewody pod budowę szpitala, a radnym na tym terenie był Piotr Fogler, znajomy Komorowskiego z Klubu Unii Demokratycznej. Wybuchł skandal, mieszkańcy obwiniali Foglera o zawarcie sprzecznej z ich interesami transakcji.

Rok później Komorowski został szefem PO na Mazowszu. Znowu miał czyścić Platformę z piskorczyków, ludzi związanych z byłym prezydentem Warszawy Pawłem Piskorskim. Problem w tym, że zawsze był z nim w dobrych relacjach. W zarządzaniu mazowiecką PO opierał się na jego ludziach, w tym na Sławomirze Potapowiczu, który został sekretarzem regionu. Gdy trzeba było coś załatwić, nikt nie szedł do Komorowskiego. Od razu rozmawiał z Potapowiczem.

– Komorowski firmował swoim nazwiskiem działania piskorczyków, a mógł przecież zebrać do kupy środowisko konserwatywne, byłych działaczy SKL – mówi zawiedziony warszawski samorządowiec, konserwatysta. – Zbliżenie do grupy Piskorskiego, to był już krok za daleko.

Przymiarka do fotela przewodniczącego

Zbliżenie to przyniosło jednak efekty. Niespełna rok temu piskorczycy zaczęli namawiać Komorowskiego, by zawalczył o przewodnictwo całej Platformy na czerwcowym kongresie partii. Przekonywali, że ma szanse w rywalizacji z Tuskiem osłabionym po dwukrotnie przegranych wyborach. I Komorowski ogłosił, że rozważa start.

– Ludzie Piskorskiego dotarli nawet do mnie i pytali, czy mógłbym wesprzeć kandydaturę Komorowskiego – opowiada parlamentarzysta PO, bliski współpracownik Rokity. – Sądzę, że nie chodziło im o mnie, ja przecież żadną szablą w PO nie dysponuję. Chcieli wysondować, czy Rokita poparłby Komorowskiego.

Ostatecznie jednak Komorowski nie wystartował. Tusk przystąpił bowiem do kontrofensywy. Postanowił ostatecznie rozbić piskorczyków. Piskorski został wyrzucony z partii, podobny los spotkał grupę jego ludzi. Wicemarszałek ocenił, że nie ma szans, i zrobił to dostatecznie wcześnie, by móc ułożyć się z Tuskiem. Został wiceprzewodniczącym.

Umowy nie zburzyło nawet wyemitowane w programie „Teraz my” nagranie z ukrytej kamery kuluarowych rozmów delegata wyrzuconego z partii i Komorowskiego.

Jan Artymowski: Dzień dobry.

Komorowski: Nie wiem, czy taki dobry. E tam, żeście się dali podpuścić jak dzieci. Donaldowi udało się wysadzić ten układ w powietrze, po prostu.

J.A.: On tylko czekał na pretekst.

B.K.: Jasne, że tak. Jasne.

Od Macierewicza do Mazowieckiego

– Bronek uznał, że ma przed sobą przyszłość tylko wtedy, jeśli będzie działał w porozumieniu z Tuskiem, i postawił na tę kartę. Dla tego celu był gotów poświęcać swoich ludzi – uważa Potapowicz, który też został z partii usunięty.

Dzisiejszy wicemarszałek stawiał w życiu na różne karty. Swoją opozycyjną aktywność, jeszcze jako uczeń liceum, rozpoczął w harcerstwie, w grupie Antoniego Macierewicza. Były konspiracyjne spotkania, aresztowania, udział w patriotycznych nielegalnych manifestacjach. Później współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, ale także z bardziej lewicowym Komitetem Obrony Robotników. Uczestniczył w wydawaniu macierewiczowskiego „Głosu”. Współpracował z Macierewiczem, Marianem Piłką, Janem Dworakiem. Drukował, kolportował, wydawał.

– Ma piękną opozycyjną kartę, to bohater walki o niepodległość – mówi Ryszard Czarnecki, eurodeputowany Samoobrony, a w latach osiemdziesiątych współpracownik „Głosu”.

Ani Macierewicz, ani Komorowski nie chcą dzisiaj wspominać tamtej współpracy. – Wszyscy byliśmy bardzo radykalni, zbyt radykalni, wspomnienia są nadmiernie bolesne – ucina moje pytania Komorowski.

Zdeklarowanym prawicowym radykałem był do września 1989 roku. Wcześniej krytykował Okrągły Stół, uznając go za zdradę, i bojkotował czerwcowe wybory. I nagle został szefem gabinetu ministra Aleksandra Halla w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

– Od razu przyjął propozycję, choć nie znałem go wcześniej – wspomina Hall. Znajomi upatrują powodów decyzji Komorowskiego w sprawach materialnych. Był nauczycielem w seminarium w Niepokalanowie, a musiał utrzymać czworo dzieci (piąte szykowało się wtedy na świat).

Od tego mało znaczącego stanowiska rozpoczął polityczną karierę, której ojcem chrzestnym był Marian Piłka, były prezes ZChN, a dzisiaj poseł PiS. Po kilku miesiącach został po raz pierwszy wiceministrem obrony narodowej. Wybrał go premier Mazowiecki.

Między ZChN a Unią Demokratyczną

Mazowieckiego do dzisiaj uważa za swojego politycznego nauczyciela.

– Do grobowej deski będę mu wdzięczny, że dał mi szansę przeistoczenia się z radykała w człowieka umiaru i kompromisu – powtarza.

Jednak na początku pracy w rządzie Mazowieckiego chciał wstąpić do ZChN razem z grupą Macierewicza. Miał nawet zapewnione miejsce w kierownictwie tej partii. Odradził mu to Hall.

Chociaż nie był członkiem Unii Demokratycznej, w kolejnych wyborach do Sejmu startował z list tej partii. A w 1994 roku został sekretarzem Unii Wolności – krótko po wstąpieniu do niej. Także teraz zdecydował o tym Mazowiecki.

– Wybór Unii Demokratycznej był zupełnie sprzeczny z tym, co robił wcześniej, było to dla mnie niemiłe zaskoczenie – mówi Piłka.

Prawda jest jednak taka, że Komorowski konsekwentnie przesuwa się od skrajnej prawicy ku politycznemu środkowi. Czarnecki wspomina dyskusję w radiowej Trójce. W jej trakcie polityk PiS ostro skrytykował byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. – Komorowski żarliwie go bronił, tak jakby już poczuł się premierem koalicyjnego rządu PO – SLD.

Szeremietiew na celowniku

Dwukrotnie był wiceministrem, gdy na czele MON stał Janusz Onyszkiewicz. Nie chciał już być zastępcą trzeci raz. Ale dopiero gdy Unia Wolności wyszła z rządu, pojawiła się szansa dla Komorowskiego, wówczas posła AWS z ramienia SKL. Pomógł Rokita, który bardzo zabiegał o ministerialną nominację dla niego u premiera Buzka. Starania były konieczne, bo Komorowski miał kiepskie notowania w Akcji, a na to samo stanowisko szykował się Romuald Szeremietiew, wiceminister obrony narodowej.

Po objęciu MON Komorowski chciał go od razu zwolnić. Premier nie wyraził zgody. Rozpoczęła się wielomiesięczna walka między obu politykami. Szeremietiew był podejrzewany o korupcję. Zgodę na jego śledzenie przez WSI wydał Komorowski. Konflikt zakończył się spektakularną akcją aresztowania na promie doradcy Szeremietiewa, Zbigniewa Farmusa, podejrzanego o korupcje. W akcji uczestniczyli pracownicy UOP, były śmigłowce Marynarki Wojennej i… telewizyjne kamery. Nie wiadomo, przez kogo ściągnięte. Skutkiem akcji było odwołanie Szeremietiewa. Farmus nie miał certyfikatu dostępu do informacji niejawnych, choć faktycznie miał w nie wgląd. Był to koronny argument przeciwko Szeremietiewowi, że do tego dopuścił. Niedawno sąd oczyścił Farmusa z zarzutu korupcji, oskarżył go tylko o ujawnienie tajemnicy służbowej.

Certyfikatu bezpieczeństwa nie miał też doradca ministra Komorowskiego, generał Adam Tylus, jeden z jego najbliższych współpracowników. W czym więc doradzał pozbawiony dostępu do ważnych informacji?

– Przełożony może wydać pozwolenie w określonej sprawie na dostęp do takich informacji – odparł Komorowski. Ale dodał, że nie pamięta, czy takiego pozwolenia swojemu doradcy udzielił.

Parasol ochronny

General Tylus był dyrektorem jednego z ważnych departamentów w MON w czasach PRL. Krytycy Komorowskiego zarzucają mu, że w ministerstwie współpracował z „czerwonymi” generałami i konserwował układ postkomunistyczny. Faktem jest, że z kadrą wojskową nawiązał dobre relacje. – Dawał im parasol ochronny – uważa Marian Piłka. – Dawanie parasola ochronnego to jego specjalność, podobnie przecież rozpiął go nad piskorczykami w mazowieckiej PO.

Z pracą w resorcie obrony związany jest też zapewne stosunek Komorowskiego do likwidacji WSI. Miał i nadal ma w tej sprawie odmienne stanowisko niż Klub Platformy. – Nieprawdopodobną zbrodnią było zlikwidowanie wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, tego nie zrobili nawet bolszewicy – mówi. Zaznacza jednak, że nad ustawą likwidującą WSI głosował tak jak cały klub.

Jego stosunek do WSI był zapewne jednym z powodów, że nie chciał być ministrem obrony narodowej w planowanym przed wyborami rządzie koalicji PiS – PO. Słusznie spodziewał się sprzeciwu Jarosława Kaczyńskiego. Deklarował, że interesuje go MSZ. Konsekwentnie trzyma się tego do dzisiaj. W Platformie jest ministrem-cieniem ds. polityki zagranicznej i publicznie recenzuje działalność minister Anny Fotygi. Zaliczył jednak zabawną wpadkę, którą politycy PiS natychmiast nagłośnili. Jakiś czas temu na radiowej antenie z pełną powagą powiedział, że Norwegia jest w Unii Europejskiej. – Komorowski tworzy nową historię Unii – drwili.

Ostry recenzent PiS

Już między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich zaskoczył radykalizmem wypowiedzi pod adresem PiS. Stał się najostrzejszym krytykiem braci Kaczyńskich, nie licząc oczywiście Stefana Niesiołowskiego.

Tuż po zwycięstwie PiS obwieścił: – Szkoda Polski.

I tę frazę powtarzał później wielokrotnie. Przekonywał, że lepiej zna się na polityce rodzinnej od Jarosława Kaczyńskiego, bo ma gromadkę dzieci, a lider PiS tylko kota. W krytyce posługiwał się też rymowanymi żartami: „Gdy spytasz PiS-owca, która jest godzina, odpowie? „Nie wiem, to Platformy wina””.

Zdaniem Ryszarda Czarneckiego Komorowski świadomie sięga po radykalizm językowy, by być wyrazistym. – Jakieś półtora roku temu, gdy spotkaliśmy się rano w radiowej Trójce, przekonywał mnie: „Wiesz, tutaj trzeba ostro walić, bo ludzie potrzebują wyrazistych postaci” – opowiada Czarnecki.

Sam Komorowski wyjaśnia to inaczej: – Nie byłem przeciwnikiem porozumienia z PiS. Wręcz przeciwnie, liczyłem, że będziemy mogli zrobić jeśli nie rewolucję moralną, to przynajmniej doprowadzimy do głębokiej przebudowy moralności w polityce. Ale gdy się okazało, że PiS sięgnęło po poparcie Leppera dla Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był to dla mnie sygnał: to wszystko jest pic na wodę, fotomontaż. Bo hasło odnowy moralnej jest głoszone w niedobrych intencjach. Wtedy zwątpiłem.

Bez względu na motywy Bronisław Komorowski stał się jedną z najbardziej wyrazistych twarzy Platformy. I bardzo często wypowiada się publicznie. Pełni niejako rolę rzecznika prasowego, zastępując Tuska, który najczęściej przebywa w Gdańsku.

– Czy nie obawia się pan, że podzieli los Płażyńskiego, Olechowskiego, Gilowskiej, a ostatnio Rokity, którzy błyszczeli, a potem zostali wypchnięci z Platformy?

– Kto się w polityce boi, ten niech z polityki zmyka – odpowiada Komorowski. Zaraz jednak dodaje bardziej pokojowo: – Nie spieszę się z oświadczeniami, że będę premierem z Warszawy. Zbyt daleko idące deklaracje zazwyczaj oznaczają kres kariery politycznej. W polityce płaci się cenę za zawrót głowy albo za brak aspiracji politycznych. Trzeba iść środkiem. ¦


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej