Klęska Temidy

Leszek Szymkowski, Angora nr 31 (dn. 2008.08.03)

W 2001 roku, warszawska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nieprawidłowości przy przetargach na zaopatrzenie polskiej armii. Śledztwo zakończyło się skierowaniem do sądu aktu oskarżenia przeciwko Romualdowi Szeremietiewowi i jego najbliższemu współpracownikowi – Zbigniewowi Farmusowi.

W lipcu 2001 r., po publikacji na łamach „Rzeczpospolitej” artykułu „Kasjer z Ministerstwa Obrony” (autorzy: Bertold Kittel, Anna Marszałek), Szeremietiew został w atmosferze skandalu odwołany ze stanowiska wiceministra obrony narodowej nadzorującego m.in. pion logistyki. Najpierw media, a później prokuratura oskarżyły go o przyjmowanie łapówek w zamian za ustawianie przetargów dla wojska. W tym samym czasie, komandosi Urzędu Ochrony Państwa w spektakularny sposób zatrzymali Farmusa na promie płynącym do Szwecji. Obu urzędników oskarżono o korupcję. Wkrótce później wszczęto drugie śledztwo, którego przedmiotem było wyprowadzenie pieniędzy z Fundacji Niepodległości Polski na kampanię wyborczą Romualda Szeremietiewa. Mija siódmy rok od wybuchu słynnego skandalu w MON. Przez te siedem lat organa ścigania dokonały tylko jednej rzeczy: obnażyły swoją nieudolność.

Poszukiwacze zaginionych dowodów

Mając informacje prasowe o łapówkach przyjmowanych przez wiceministra, prokuratorzy zaczęli weryfikować jego dochody, aby sprawdzić czy w uczciwy sposób zarobił pieniądze na zakup Lancii, działki pod Warszawą i budowę domu. Urząd Skarbowy w Piasecznie dokładnie prześwietlił majątek wiceministra i jego żony. Najpierw stwierdził (postanowienie z 4.12.2001), że małżonkowie właściwie zapłacili podatki za lata 1996-2000, a następnie (pismo z 26.03.2002) że ich wydatki mają pokrycie w uzyskanych dochodach. To dość poważny argument, biorąc pod uwagę skrupulatność i pazerność polskiego fiskusa. Przy okazji potwierdziło się to, że wiceminister pożyczył 200 tysięcy złotych od swojego przyjaciela na dokończenie budowy domu, a pożyczkę zarejestrował w Urzędzie Skarbowym i zapłacił należny podatek.

Postanowienia Urzędu Skarbowego w Piasecznie jasno stwierdzały, że Szeremietiew nie miał żadnych innych niż oficjalne źródeł dochodu. Kolejnym dowodem korupcji miał być samochód rzekomo nabyty przez wiceministra po zaniżonej cenie. Z katalogu wynikało, że cena Lancii wynosiła 120 tys. zł., podczas gdy wiceminister kupił ją za 56 tys. Powołano więc biegłego skarbowego, który stwierdził, że transakcja ta jest dowodem, iż Szeremietiew przyjął łapówkę w wysokości prawie 60 tys. zł (tyle wynosiła różnica między ceną katalogową Lancii, a ceną zakupu). Biegły, który sprawę badał, nie miał uprawnień biegłego sądowego. Ponadto nie wziął pod uwagę, że Lancia była samochodem używanym (a więc musiała być tańsza niż nowa), a ponadto Szeremietiew zostawił w rozliczeniu Fiata Bravo wartości ok. 30 tys. zł. Przesłuchani szefowie firm uczestniczących w transakcji stwierdzili, że cała transakcja była opłacalna dla każdej ze stron. Gdy na te uchybienia zwrócił uwagę sąd, prowadząca sprawę prokurator zapowiedziała, że oskarży biegłego o wydanie fałszywej opinii. Do dziś jednak to nie nastąpiło. Ponadto – co równie istotne – firmy handlujące samochodami nie były w żaden sposób związane z koncernami zbrojeniowymi, więc nie zachodził żaden związek między kupnem Lancii, a przetargami na uzbrojenie armii. Podobnych błędów w śledztwie było bez liku.

Sądowa farsa

W sądzie głównymi świadkami oskarżenia mieli być informatorzy „Rzeczpospolitej”. Jeden z nich – przedstawiony w artykule jako „doradca prezesa jednej z największych firm handlujących bronią” – mówił dziennikarzom: „Farmus zna w naszej branży niemal wszystkich. Słyszałem, jak od szefów konsorcjum francuskiego domagał się 200 tysięcy złotych dodatkowo, bo szef jest niezadowolony, że dostał tak mało”. Wspomnianym w rozmowie „szefem” był bezpośredni przełożony Farmusa czyli wiceminister Romuald Szeremietiew. Jednak w czasie śledztwa nie znaleziono żadnego takiego „doradcy prezesa”, który potwierdziłby słowa opublikowane w dzienniku. Ważniejszym świadkiem okazał się za to Bogdan Letowt – reprezentujący koncern zbrojeniowy Denel z Republiki Południowej Afryki. Koncern starał się o wygranie przetargu na dostawę haubic dla polskiej armii. W rozmowie z dziennikarzami „Rz”, mówił: „Chodziło o haracz. On (Farmus – przyp. L.Sz.) żądał po prostu pieniędzy. Mówił, że jeżeli nie będzie 100 tysięcy papieru, to nie ma szans, żeby kontrakt przeszedł (…) To były dwa czy trzy spotkania w tej samej sprawie w niedługim odstępie czasu. Na ostatnim powiedział: albo, albo i był bardzo zły, krzyczał”. Jednak w rzeczywistości haubica z RPA nie uczestniczyła w tym przetargu, a daty rozmów z Farmusem podane przez Letowta wskazują, że miały one mieć miejsce po zakończeniu przetargu, który wygrali Brytyjczycy. Ostatecznie sąd uznał, że oskarżenia Letowta nie znajdują potwierdzenia i uniewinnił Farmusa od zarzutu łapownictwa. Inny świadek powiedział przed sądem: „Mężczyzna żądający ode mnie łapówek przedstawiał się nazwiskiem Zbigniew Farmus (…) Twierdził, że jest najbliższym współpracownikiem wiceministra odpowiedzialnego za przetargi. Mówił, że w zamian za pieniądze jest gotów ustawić ten czy inny przetarg”. Sędzia spytała, czy świadek rozpoznaje tego mężczyznę na ławie oskarżonych. Nie – odpowiedział handlarz. – Tamten człowiek wyglądał zupełnie inaczej i miał inny głos niż oskarżony Zbigniew Farmus. Ten wątek śledztwa rozwinęła później prokuratura. Badając m.in. dokumenty MON i przesłuchując świadków śledczy stwierdzili, że doradca wiceministra nie mógł rozmawiać z handlarzem, gdyż w dniu, kiedy rozmowa miała się odbyć był na delegacji służbowej, w zupełnie innym miejscu i w towarzystwie zupełnie innych osób. Od biznesmena łapówek żądał inny człowiek, przedstawiający się tym samym nazwiskiem. Jednak jego prawdziwej tożsamości do dziś nie ustalono.

Za zamkniętymi drzwiami

Proces sądowy Szeremietiewa został utajniony. – Na taką decyzję wpływ najczęściej ma związek przedmiotu sprawy z materiałami stanowiącymi tajemnicę państwową lub służbową – tłumaczy sędzia Wojciech Małek – rzecznik prasowy warszawskiego sądu. Z akt sprawy wynika, że podczas procesu nie potwierdziło się wiele podawanych wcześniej informacji. Zbigniew Farmus nie mógł ani decydować, ani wpływać na przetargi dotycząc haubicy i transporterów, o czym przedstawiciele koncernów zbrojeniowych doskonale wiedzieli. Spotkania Farmusa i Szeremietiewa z przedstawicielami koncernów były elementem procedury przetargowej i odbywały się w budynku MON (prokuratura nie znalazła dowodów nawet jednego spotkania nieformalnego) przy zachowaniu wszelkich reguł: wejścia biznesmenów do gmachu resortu były ewidencjonowane, a każdy z kontrahentów mógł spędzić na spotkaniu ten sam czas. Przedstawiona przez UOP wersja, że Farmus uciekał do Szwecji przed aresztowaniem została obalona już podczas pierwszych dni śledztwa. Prokuratura ustaliła, że urzędnik wyjeżdżał na weekend, aby spotkać się z córką (do tej samej wersji przychylił się sąd). Nieprawdą okazały się również informacje o wielkich pieniądzach i kilku paszportach Farmusa. Doradca Szeremietiewa miał – oprócz polskiego – obywatelstwo kanadyjskie (spędził wiele lat w Kanadzie), o czym poinformował MON, m.in. ubiegając się o dostęp do informacji niejawnych, który uzyskał. Nieprawdziwe okazały się również informacje o „wielkich pieniądzach” znalezionych w jego sejfie. Zagraniczne banknoty (w przeliczeniu na złotówki ich łączna wartość to ok. 1000 zł) należały do syna Farmusa – Miłosza i były resztkami z diet na służbowe delegacje zagraniczne.

Przewlekły proces

Procesy karne Romualda Szeremietiewa przeciągają się w nieskończoność. Akt oskarżenia w sprawie korupcji w MON znalazł się w sądzie 23 kwietnia 2004 r. Pierwsza rozprawa miała miejsce dopiero we wrześniu 2005 r., a więc niemal półtora roku później. W grudniu 2006 r. przewodnicząca składu sędziowskiego poszła na urlop macierzyński i sprawę odroczono. Wznowiono ją w styczniu 2008 r. Na razie nie wiadomo kiedy proces się skończy. W proces zaangażowanych było już kilkunastu śledczych. Postępowanie przygotowawcze prowadziło aż 5 prokuratorów, przed sądem stawia się nowy oskarżyciel co 2-3 rozprawy. Prokuratorzy najczęściej nie zadają świadkom żadnych pytań gdyż nie znają materii sprawy. Ja jestem jak najbardziej zainteresowany tym, aby ta sprawa zakończyła się jak najszybciej – mówi „Angorze” Romuald Szeremietiew. – Nie popełniłem zarzucanych mi czynów, a od tylu lat mam status oskarżonego, który naraża na szwank moje dobre imię. Niech mnie osądzą jak najszybciej.

Próba werbunku

Dlaczego tak naprawdę wybuchła „afera Szeremietiewa”? Częściową odpowiedzią na to pytanie jest rozmowa, do której doszło w połowie 1998 roku w gabinecie wiceministra. Wówczas jeden z jego najbliższych współpracowników przekazał mu dyskretne zaproszenie na spotkanie od szefa Wojskowych Służb Informacyjnych – gen. Tadeusza Rusaka. Spotkanie nie miało jednak cienia oficjalnego charakteru. Kierowca zawiózł wiceministra nie do siedziby WSI przy ulicy Oczki, lecz do lokalu operacyjnego na dalekim Ursynowie. W elegancko urządzonym pokoju czekał suto zastawiony stół, a przy nim wpływowi oficerowie wojskowych spec służb. Planowali oni upić wiceministra, aby skłonić go do korzystnego dla nich rozstrzygnięcia przetargów na dostawy dla armii. Całą rozmowę z ukrycia nagrywały małe mikrokamery. Miały sfilmować pijanego wiceministra, aby oficerowie mieli później dodatkowy materiał do kompromitowania go. Plan nie powiódł się, bo rozzłoszczony Szeremietiew natychmiast wyszedł ze spotkania, a gospodarzom udzielił ostrej reprymendy. Latem 2001 roku, po wybuchu afery w MON o próbie nielegalnego zwerbowania Szeremietiewa i jego zastępcy dowiedzieli się członkowie sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Sprawa ta była również przedmiotem badań Komisji Weryfikacyjnej WSI. Z tajnych dokumentów, z którymi zapoznali się posłowie, wynika, że przez kilka lat wpływowi oficerowie WSI próbowali wszelkimi metodami odsunąć Romualda Szeremietiewa, aby móc rozstrzygać warte wiele milionów przetargi na dostawę sprzętu dla polskiej armii.

Paczka z Krakowa

O roli służb specjalnych w akcji przeciwko Szeremietiewowi wiele mówią personalia zaangażowanych w nią osób oraz ciąg dziwnych przypadków. Spektakularnego zatrzymania Zbigniewa Farmusa dokonał oddział komandosów Urzędu Ochrony Państwa, choć w myśl przepisów powinna to była zrobić Żandarmeria Wojskowa. Oddziałem dowodził płk Kazimierz Mochol – zastępca szefa WSI do spraw kontrwywiadu, wcześniej oficer krakowskiego UOP. Po raz pierwszy i ostatni zdarzyło się, aby grupą UOP kierował oficer WSI (służby te rywalizowały ze sobą bardzo mocno). Całą akcję nadzorował osobiście szef WSI – gen. Tadeusz Rusak (również Krakowianin) choć powinien był to robić szef Żandarmerii. Do akcji na promie użyto śmigłowca MON, na co zgodę wyraził osobiście szef resortu, Bronisław Komorowski. Nigdy wcześniej ani później nie zdarzyło się, aby w takim celu wykorzystano wojskowy helikopter. Po raz pierwszy na akcję zostali zabrani dziennikarze. Już po całym zajściu, UOP poinformował opinię publiczną, że Farmus – którego podejrzewano o korupcję – był od dłuższego czasu obserwowany. Skoro tak to dlaczego nie ujęto go na przejściu granicznym przed wejściem na prom, bez udziału fotoreporterów i kamer telewizyjnych?

Gdy szum medialny wokół całej sprawy przygasł, Bronisław Komorowski wystąpił do prezydenta o awansowanie płk Mochola na stopień generała brygady. Sejmowa Komisja do spraw Służb Specjalnych ustaliła, że Mochol miał zostać później szefem WSI. Kwaśniewski jednak odmówił awansu. W tym czasie zmieniła się parta rządząca, a Kwaśniewski wywalczył stanowisko szefa WSI dla swojego zaufanego – Marka Dukaczewskiego. Dukaczewski zaczął swoje rządy od wyrzucenia poprzedniego kierownictwa WSI. Generał Rusak i pułkownik Mochol musieli poszukać pracy poza służbami. Jak na ironię, oficerowie, którzy próbowali zrobić wielką karierę na cynicznej akcji odsunięcia wiceministra obrony, w krótki czas później sami stracili stanowiska.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej