Głupota „NIE” i desant lotniczy

Dariusz Cychol, NIE, nr. 27/2004

Zgnojenie Romualda Szeremietiewa było wszystkim na rękę. Dziś, po trzech latach, z misternie ułożonej intrygi pozostały gruzy. Przedstawiamy kulisy spisku wymierzonego w wiceministra obrony narodowej.

Blisko trzy lata temu na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł „Kasjer z Ministerstwa Obrony”. Do aresztu trafił Zbigniew Farmus asystent ówczesnego wiceministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa. Kilka dni później ze stanowiskiem pożegnał się sam Szeremietiew. Zarzut, który złamał kariery obu panów, jest poważny – korupcja. Proces Farmusa dobiega końca. W kwietniu 2004 r. Prokuratura Apelacyjna w Warszawie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Szeremietiewowi. Akt oskarżenia wywołuje śmiech nawet u laika prawnego – to beletrystyka!

Kasjer Mietka

26 czerwca 2001 r. w gabinecie I wiceministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa zjawiło się dwoje dziennikarzy „Rzeczpospolitej”: Anna Marszałek i Bertold Kittel. Szeremietiew wcześniej nic nie wiedział o tej wizycie, ale przyjął ich na usilną prośbę rzecznika prasowego. Podczas rozmowy wiceminister dowiedział się od dziennikarzy, że WSI odmówiły wydania Farmusowi certyfikatu bezpieczeństwa. Zasypano Szeremietiewa informacjami o łapówkach, jakie w jego imieniu miał wyłudzać asystent od firm ubiegających się o kontrakty dla armii. Padły też bardzo ostre pytania o stan majątkowy Szeremietiewa: skąd miał pieniądze na kupno limuzyny?; skąd na kupno działki budowlanej?; skąd na budowę domu?

Wywiad ten stał się częścią wspomnianego artykułu „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, który ukazał się 7 lipca 2001 r. (…) Wiceminister w ciągu czterech lat urzędowania poczynił inwestycje, na które nie ma pokrycia w dochodach – wywaliła „Rzepa”. I wskazała jako prawdopodobne źródło tych dochodów przestępczą działalność Farmusa. W publikacji roi się od oskarżeń pod adresem asystenta. O wyłudzeniu i próbie wyłudzenia haraczu mówili przedstawiciele przemysłu zbrojeniowego, politycy AWS, SLD, były doradca Lecha Wałęsy. Mówili anonimowo.

2 lipca 2001 r., a więc na pięć dni przed publikacją „Rzeczpospolitej”, Zbigniew Farmus wziął zaplanowany wcześniej urlop. 10 lipca (trzy dni po ukazaniu się publikacji) został w spektakularny sposób zatrzymany przez UOP podczas „próby ucieczki” z Polski. Akcja odbyła się na Bałtyku, bo asystent uciekał promem pasażerskim Rogalin. Najpierw wysłano nad Bałtyk samolot rozpoznawczy, potem skontaktowano się z kapitanem statku i nakazano mu zawrócić, bo wpłynął na wody terytorialne Szwecji. Nad Rogalinem zawisł śmigłowiec z komandosami UOP, którzy po zejściu na pokład zapakowali na specjalny wysięgnik Farmusa i odlecieli z nim na polski ląd (zadbano oczywiście, aby zdjęcia z tej brawurowej akcji trafiły do prasy i TV). Kilka dni później dowiedzieliśmy się z „Rzeczpospolitej”, że przy Farmusie znaleziono 5 paszportów, a w sejfie jego syna (Miłosza, również zatrudnionego w MON) – dużą kwotę pieniędzy. Były one ładnie poukładane w kopertach z nazwami różnych firm.

Fach rodzinny

Każdy chyba widzi, że na Bałtyku odwalono cyrk na użytek propagandy. Dlaczego nie zatrzymano Farmusa w Warszawie albo w porcie, gdy wsiadał na prom? Odpowiedź: nie byłoby spektakularnej akcji świadczącej o determinacji rządu (jeszcze AWS-owskiego) w walce z korupcją. Dlaczego trąbiono o próbie ucieczki Farmusa z Polski? W chwili gdy wypłynął do Szwecji na zaplanowany wcześniej urlop, nie był przez nikogo poszukiwany. Nie miał postawionych żadnych zarzutów. Nie miał nawet wezwania na przesłuchanie. Jedyne, co go obciążało, to publikacja w „Rzeczpospolitej.

Informacja o pięciu paszportach Farmusa wypłynęła z Prokuratury Krajowej. Niektóre gazety (ale nie „Rzeczpospolita”) pisały też o znacznej ilości gotówki, jaką znaleziono przy byłym asystencie Szeremietiewa. Bzdura, ale ktoś te informacje Prokuraturze Krajowej wciskał. Mógł to zrobić tylko ten, kto Farmusa zatrzymywał, czyli UOP. Żadnej większej gotówki nie znaleziono. Paszportów było nie 5, lecz 2 – oba legalne. Nie posądzam prokuratury o manipulacje tymi wiadomościami. Bardziej prawdopodobne, że dochodziły do niej informacje o tym, co UOP życzyłby sobie przy Farmusie znaleźć, ale nie znalazł. Może planował podrzucić? Jest to nie do końca karkołomna teza – choć akcja na Bałtyku okrzyknięta została sukcesem służb specjalnych, to krótko po jej przeprowadzeniu stanowisko stracił szef gdańskiej delegatury UOP. Dlaczego?

Równie banalnie wyjaśniła się sprawa pieniędzy Miłosza Farmusa. Faktycznie w jego sejfie znaleziono koperty firmowe z pieniędzmi w różnych walutach, na których na dodatek były wypisane kwoty, ile czego, w której jest. Młody Farmus rozliczył się jednak z każdego grosza, centa i feniga. Były to resztki diet z jego delegacji zagranicznych, które odkładał od początku pracy w ministerstwie. Dlaczego trzymał je w służbowym sejfie? A dlaczego nie? – czyż w MON nie były bezpieczniejsze niż w mieszkaniu? No i koperty. Pożałował szmalu na nowe koperty i trzymał w starych, po nieaktualnej korespondencji. Bo też jakiż łapownik trzyma wziątki w służbowym sejfie i kto daje w łapę w firmowych kopertach?

Miłosz Farmus udowodnił to wszystko przed prokuraturą, a ta zwróciła mu jego pieniądze.

Kto z Mieciem tego zmieciem

Po spektakularnym zatrzymaniu na Bałtyku Zbigniew Farmus trafił do aresztu i siedział tam blisko dwa i pół roku. Wyszedł przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia. Kilkakrotnie namawiałem go do rozmowy. Robiłem to wykorzystując wspólnych znajomych. Za każdym razem odmawiał i zrywał kontakt z tymi, którzy mu to proponowali. Według mojej wiedzy zamknął się w sobie i jest totalnie zastraszony.

Jego proces wciąż się toczy – jest tajny. Nie pozwala mi to na szczegółowe jego referowanie. Co nieco jednak ujawnię. Prokuratura nie przedstawiła mu zarzutu próby ucieczki z kraju. Odstąpiła też od zarzutu, że handlował tajnymi dokumentami. W sądzie nie utrzymał się zarzut żądania przez niego łapówki od jednego z biznesmenów. Biznesmen ów potwierdził, że rozmawiał z człowiekiem o nazwisku Zbigniew Farmus na temat 50 tys. dolarów. Dodał jednak, że na pewno nie był to ten człowiek, który siedzi na ławie oskarżonych.

Inny biznesmen zeznał, że przez pośrednika przekazał Farmusowi 20 tys. dolarów. Pośrednik nie dość, że nie przyznał się do przekazania ich Farmusowi, to stanowczo zaprzecza, aby dostał pieniądze od biznesmena. Ten sam biznesmen twierdzi też, że Farmus domagał się od niego kolejnych 100 tys. dolarów. Za co? Za ustawienie przetargu, w którym biznesmen ten nawet nie startował. Nie obciążają też Farmusa zeznania posłów SLD ani AWS. Poseł SLD i wiceminister MON Janusz Zemke zeznał, że nie ma dowodów na korupcję w MON. Nie ma też zeznań obciążających złożonych przez byłych doradców Lecha Wałęsy itd. („NIE” nr 3/2004).

Tak naprawdę na „skarbniku Szeremietiewa” ciążą dwa zarzuty w ogóle z korupcją nie związane. Pierwszy, że nie mając certyfikatu bezpieczeństwa korzystał z tajnych dokumentów. Drugi, że w jego sejfie znaleziono dwa dokumenty, których nie powinien tam kisić. Wątek dostępu do tajemnic państwowych rozwinę później. Zarzuty dotyczące dokumentów znalezionych w jego sejfie też swoją wagą nie powalają. Pierwszy z kwitów nie ma żadnej klauzuli tajności. Jest to skarga koncernu Fiat Auto-Poland na zasady ogłoszonego przez MON przetargu. Drugi dokument ma klauzulę poufności. To jakieś stare pismo MSZ o nieistotnym kongresie, który odbył się w Kuala Lumpur.

Na początku stycznia 2004 r. odbyła się konferencja poświęcona odpowiedzialności mediów za podawane informacje. W prezydium zasiadała red. Anna Marszałek – najbardziej utytułowany dziennikarz śledczy III RP, współautorka artykułu „Kasjer z Ministerstwa Obrony”. Wygłosiła maksymę: uczciwy dziennikarz śledczy nie może drukować niesprawdzonych informacji. Jeśli główne tezy jej artykułu po trzech latach nie znajdują potwierdzenia w faktach, oznaczać to może, że mogła paść ofiarą prowokacji.

Ostatnia rozprawa przeciwko Zbigniewowi Farmusowi odbyła się 19 maja 2004 r. Następną (zapewne nie ostatnią) wyznaczono na 19 listopada. Wygląda na to, że sądowi zależy na przesunięciu terminu wydania wyroku. Tak jakby nie chciał tego robić przy obecnym układzie rządzącym… Ale są to oczywiście spekulacje, bo wszyscy wiemy, że prokuratury mamy uczciwe i niezależne, a sądownictwo niezawisłe.

Szary Mietek zrobiony na szaro

Po aresztowaniu Farmusa Szeremietiew wyleciał ze stanowiska zastępcy ministra obrony narodowej. Od samego początku afery, tj. lipca 2001 r., utrzymywał i utrzymuje, że padł ofiarą prowokacji zorganizowanej przez Wojskowe Służby Informacyjne (WSI). Zawiadomił o tym, kogo tylko się dało. Wskazywał nazwiska oficerów, którzy za prowokację tę odpowiadają. Podał nazwiska dwóch osób – swoich niedawnych współpracowników – które przekazały WSI nieprawdziwe informacje na jego temat. Przedstawił oświadczenie jednego ze swoich współpracowników, który szczegółowo opisywał, jak WSI szantażem próbowały go zmusić do złożenia fałszywych zeznań obciążających byłego szefa. Po 21 miesiącach badania sprawy, we wrześniu 2003 r., prokuratura wojskowa umorzyła postępowanie w tej sprawie z powodu niemożności ustalenia prawdy. Dlaczego nie mogła tego zrobić? Bo jeden z oskarżanych przez Szeremietiewa oficerów WSI zniszczył część dokumentacji („NIE” nr 9/2004).

Dwaj oficerowie WSI, których były wiceminister oskarża, dostali nowe, bardzo lukratywne posady. Kim byli ci dwaj współpracownicy, którzy mieli obciążyć go nieprawdziwymi informacjami? Wedle Szeremietiewa, to ci sami ludzie, którzy wprowadzili do niego na wywiad niezapowiedzianych dziennikarzy – Annę Marszałek i Bertolda Kittla. Co stało się z oficerem, który złożył zeznania obciążające WSI? Odszedł z resortu.

Natychmiast po publikacji „Rzeczpospolitej” za finanse Szeremietiewów wziął się urząd skarbowy. Po kilkumiesięcznej kontroli 26 marca 2002 r. wydał decyzję, z której wynika, że z ich finansami jest wszystko OK, tj. stwierdził nadwyżkę przychodów nad wydatkami. I to znaczną. Mówiąc jeszcze prościej, skarbówka stwierdziła, że aby mieć to, co ma, Szeremietiew nie musiał brać łapówek…

Zarówno to stwierdzenie, jak i wątłość dowodów w sprawie Farmusa nie zmieniły jednak faktu, że prokuratura postanowiła dalej drążyć sprawę jego aktywności w MON. Drąży ją już czwarty (!) prokurator… Zaowocowało to wspomnianym na wstępie aktem oskarżenia, który wpłynął do sądu 23 kwietnia.

Nie wiadomo, na kiedy sąd wyznaczy termin pierwszej rozprawy przeciwko Szeremietiewowi. Jest bardzo prawdopodobne, że nastąpi to po ogłoszeniu wyroku w sprawie Farmusa, czyli nieprędko. Razem z byłym wiceministrem na ławie oskarżonych zasiądą jeszcze dwie osoby: Krzysztof S. i Małgorzata Sadowska.

W zasadzie wszystkie zarzuty stawiane zarówno Szeremietiewowi, jak i pozostałym osobom są żałosne. Podobnie zebrany przez prokuraturę materiał dowodowy.

Centrala tania, lecz podejrzana

W połowie 1998 r. firma Kapsch zaproponowała MON zakup swoich centrali telefonicznych. Nie były to jakieś wysublimowane technologie wojskowe, lecz zwykłe (choć bardzo dobrej jakości) centrale, jakie montuje się np. w hotelach. Chcąc zachęcić wojsko do tego zakupu dostawca zaproponował, że może za darmo wstawić i zamontować urządzenia we wskazanych przez MON obiek-tach i pozostawić je do testów na kilka miesięcy. Propozycja wydała się wszystkim atrakcyjna. Ustalono, że jedna pojedzie do Wojskowego Szpitala Uzdrowiskowego nr 21 w Busku Zdroju, druga – do Domu Wypoczynkowego w Waplewie. I tak się stało. Szefowie obu placówek bardzo pochlebnie oceniali sprzęt. MON zaczęło rozważać, czy w przyszłości nie zamówić więcej central. Oczywiście w drodze przetargu! Na razie jednak trzeba było postanowić, co zrobić z tymi dwiema, które już pracują. Zgodnie z duchem ustawy o zamówieniach publicznych trzeba by je wymontować i zwrócić. Następnie ogłosić przetarg na dostarczenie podobnych (lub tych samych), przejść całą proce

durę przetargową i ponownie zamontować podobne lub wręcz te same. Jest to mało logiczne, dlatego podległy Szeremietiewowi pion zaproponował przedstawicielowi Kapsch coś prostszego: kupimy od was te dwie centralki, jeśli cena będzie naprawdę atrakcyjna. Była. Starająca się o kontrakt spółka poprosiła za oba urządzenia 630 tys. zł – dużo mniej, niż wówczas „chodziły” na rynku. Zgodę na zakup podpisał Szeremietiew.

Sprawę centralek badała NIK. Wskazała na bardzo dobrą jakość urządzeń i niską cenę zakupu.

Zdaniem prokuratury, sprawa wyglądała inaczej. Szeremietiew od początku coś kombinował. Od razu zgodził się na zakup i montaż centralek. To, że dostawca upomniał się o pieniądze dopiero jesienią, o niczym nie świadczy. Zarzut zakupu tych centralek w trybie uproszczonym znajduje się w akcie oskarżenia na pierwszym miejscu…

Ucho Zbyszka

Jeden z zarzutów postawionych byłemu doradcy Szeremietiewa – Farmusowi – dotyczy tego, że nie mając odpowiedniego certyfikatu bezpieczeństwa korzystał z dokumentów opatrzonych klauzulą „TAJNE”. Dodajmy tylko, że zarzut ten obejmuje bardzo krótki okres: od 11 września 2000 r. do 22 stycznia 2001 r. Akt oskarżenia przeciwko Szeremietiewowi zarzuca byłemu wiceministrowi, że w ciągu tych kilku miesięcy dokumenty tajne mu udostępniał.

Farmus rozpoczął pracę w MON 1 kwietnia 1998 r. Jego certyfikat bezpieczeństwa kończył się właśnie we wrześniu 2000 r. Do tej pory wszystko było OK. Oficjalnie zatrudniony był w Gabinecie Politycznym szefa Szeremietiewa – ministra Bronisława Komorowskiego. Choć od początku współpracował z Szeremietiewem, to obowiązek pilnowania jego certyfikatu spoczywał właśnie na Komorowskim. Do Szeremietiewa przeniesiono go 15 lutego 2001 r. („NIE” nr 35/2001). Wtedy też z opóźnieniem, ale wystąpił o nowy certyfikat. Nie dostał go, ale o tym Szeremietiew dowiedział się dopiero pod koniec czerwca od dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, którzy widocznie z WSI żyją lepiej niż wiceminister obrony narodowej.

W tym czasie Farmus odpowiadał m.in. za część kontaktów z NATO. Uczestniczył w trzech tajnych naradach NATO-wskich. Aby brać w nich udział, każdorazowo w tym okresie musiał posiadać osobny certyfikat bezpieczeństwa WSI. I posiadał! Trzy razy o niego występował i trzy razy dostawał.

Jeśli ktoś jeszcze nie widzi tu cyrku pcheł, to możemy kontynuować. Regularnie raz na kwartał w pionie Szeremietiewa przeprowadzana była kontrola prawidłowości obiegu dokumentów. Raport z kontroli za czwarty kwartał 2000 r. (Farmus od września był bez certyfikatu) ukazał się w połowie stycznia 2001 r. i stwierdzał, że wszystko jest w porządku. Następny, z 12 marca – też. Pod obu raportami podpisali się ci sami ludzie, którzy teraz oskarżają Szeremietiewa i Farmusa. No to kto tu winien?

Lancię „NIE” odszczekuje

W lutym 1999 r. ukazał się w „NIE” artykuł o tym, że Romuald Szeremietiew kupił sobie luksusowy samochód – Lancię Kappa 2,4 l. („NIE” nr 6/1999). Kupił ją prywatnie. Sprzedającym był jeden z największych dilerów Fiata Krzysztof S. Bulwersowała nas wówczas cena samochodu. Redakcja wyszła z założenia, że limuzyna tej klasy i z tym wyposażeniem kosztuje ok. 125 tys. zł. Napisaliśmy, że Szeremietiew zapłacił za nią niecałe 60 tys. zł. Sugerowaliśmy też, że ponad 50-procentowa zniżka może być formą łapówki. Naszą aferę jako swoją podchwyciła „Rzeczpospolita”, a za „Rzepą” – prokuratura.

Kilogram dokumentacji tej transakcji zmusza mnie, by co nieco sprostować.

Cena. Zakup Lancii nastąpił pod koniec 1998 r. Po ile identyczne, nowe Lancie sprzedawali wówczas w detalu inni dilerzy Fiata:

  • 95 500 zł zapłacił ZUS (Warszawa, ul. Czerniakowska 16, 30 listopada 1998 r.);
  • 97 143 zł zapłaciła Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (Warszawa, Al. Ujazdowskie 1/3, 30 grudnia 1998 r.);
  • 97 521 zł. Tym rozrzutnikiem był… Urząd Zamówień Publicznych (Warszawa, al. Szucha 2/4, 16 listopada 1998 r.).

Są to ceny brutto. Szeremietiew kupował swój wóz 25 listopada 1998 r. Czyli dokładnie w tym samym czasie, co powyższe instytucje. Możemy więc przyjąć, że Lancia Kappa była wówczas do kupienia za kwotę nie przekraczającą 98 tys. zł.

Wartość. Pisząc w lutym 1999 r. o nowej Lancii Szeremietiewa nie wiedzieliśmy wszystkiego. Otóż limuzyna ta faktycznie wyjechała z salonu Krzysztofa S. Rzecz w tym, że nie był to samochód nowy. Został wyprodukowany wiosną 1997 r., czyli w chwili sprzedaży miał ponad półtora roku. Miał co prawda mały przebieg, ale był już po pierwszej rejestracji i robił za samochód demonstracyjny.

Zapytaliśmy specjalistów z Fiat Auto-Poland i biegłego z listy PZMot, ile takie samochody tracą na wartości po pierwszej rejestracji i po pierwszym roku? Odpowiedzi były identyczne – 35 proc. Jaka więc była wartość samochodu Szeremietiewa? 63 tys. 700 zł.

Ile Szeremietiew zapłacił? Zapłacił 30 888 zł i wstawił do komisu dilera swojego Fiata Brava. Fiat został kupiony za 33 500 zł. Łącznie więc Szeremietiew zapłacił za Lancię 64 388 zł. Czyli nieco powyżej jej wartości rynkowej.

Prokuratura utrzymuje, że nie można łączyć transakcji sprzedaży przez Szeremietiewa Fiata z kupnem Lancii i upiera się, że są to dwie różne transakcje. Tym samym twierdzi, że były wiceminister przyjął od Krzysztofa S. łapówkę o wartości ok. 40 tys. zł. Łapówkodawcą miał być właśnie Krzysztof S. i dlatego jemu również postawiono zarzuty.

Zły diler dobrego Fiata

Łapówkę daje się za coś. Tym czymś miał być wedle aktu oskarżenia przetarg na dostawę dla MON samochodów osobowych. Przetarg wygrał nie diler Fiata Krzysztof S., lecz Fiat Auto-Poland. Sprzedawca Lancii nie uczestniczył w jego realizacji. Dlaczego więc diler miałby sam z siebie dawać łapówkę? Na ten temat prokuratura milczy.

Przyjmijmy więc, że faktycznym łapówkodawcą był Fiat Auto-Poland, a diler jedynie pośrednikiem. W takiej sytuacji logiczne wydaje się, że obok Szeremietiewa i dilera na ławie oskar-żonych powinien zasiąść prezes Fiata Auto-Poland Enrico Pavoni. Ale nie siedzi! Mogę się jedynie domyślać, dlaczego: prawnicy Fiata zostawiliby mokry placek z prokuratury. Kilkakrotnie prosiłem Pavoniego o komentarz do tej sytuacji. Bez rezultatu.

Coś musiało jednak skłonić prokuraturę do twierdzenia, że przetarg był ustawiony „pod Fiata”. Tym czymś jest fakt, że po interwencji-proteście Fiata Auto-Poland MON zmieniło zasady przetargu. Według koncernu Fiat, zasady pierwszego przetargu faworyzowały jednego producenta (Daewoo). Potwierdza to fakt, że inni producenci i importerzy samochodów do przetargu nie stanęli. Z powodu wpłynięcia tylko jednej oferty (Daewoo) przetarg unieważniono, a nowy ogłoszono na innych zasadach.

Według prokuratury, wprowadzenie nowych zasad przetargu umożliwiło wygraną Fiatowi. Stało się to dzięki łapówce (zniżce), którą miał Szeremietiew otrzymać przy kupnie Lancii.

Skoro wcześniej wykazaliśmy, że de facto łapówki nie było, całość nie trzyma się kupy. Ale to już jest zmartwienie prokuratury.

Nieznośna Gośka

Trzecią osobą, która obok Szeremietiewa i Krzysztofa S. usiądzie na ławie oskarżonych, jest niespełniona biznesłumen z Bydgoszczy Małgorzata Sadowska. Prokuratura zarzuca jej, że powołując się na swoją przyjaźń z Szeremietiewem zaproponowała niejakiemu ppłk. Tadeuszowi K. układ korupcyjny. Pan ten pełnił od lipca 1999 r. funkcję tymczasowego kierownika Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy. Sadowska, która naprawdę jest zaprzyjaźniona z Szeremietiewem, miała zaproponować mu następujący układ: jak obieca mi pan, że będzie kupował części do samolotów w mojej firmie, to ja ręką Szeremietiewa zrobię pana
pełnym dyrektorem WZL.

Nie muszę dodawać, że wszystkie zarzuty w tej sprawie opierają się wyłącznie na zeznaniach Tadeusza K. Są one nadzwyczaj mało prawdopodobne. Otóż kiedy propozycja taka miała paść ze strony Sadowskiej, jej spółka nie miała zgody na tzw. obrót specjalny. Gdy po kilkunastu miesiącach starań zgodę taką otrzymała, wystartowała w jednym takim przetargu (wiceministrem był wówczas jeszcze Szeremietiew) i przegrała go.

Zdaniem K., fakt, że nie poszedł on Sadowskiej na rękę, spowodował, że nie został dyrektorem WZL nr 2 w Bydgoszczy. Ja tę sprawę oceniam nieco inaczej. Dyrektorem nie został, bo wycofano go z konkursu. Wycofał go Szeremietiew, ale nie dlatego, że nie mógł dogadać się z Sadowską. Okazało się, że na Tadeuszu K. ciążą zarzuty korupcji. I to nie puste pomówienia, lecz zarzuty prokuratorskie – dziwne zakupy części do samolotów wartości 248 tys. zł. W takiej sytuacji do konkursu przystąpić nie mógł.

Dlaczego wykończono ministra

Aż trudno wyliczyć, ile osób skorzystało na aferze Szeremietiewa. Przede wszystkim WSI. W połowie 2001 r., kiedy wiadomo było, że do władzy zmierza SLD, trwały dyskusje, czy po reformie służb specjalnych (likwidacja UOP) w ogóle utrzymać WSI. Argument o doskonałym zabezpieczeniu kontrwywiadowczym MON pomógł tej służbie przetrwać.

Skorzystał SLD. Afera łapówkarska w MON potwierdziła zarzuty kierowane przez Sojusz pod adresem rządu Buzka. A pamiętajmy, że wszystko to działo się latem 2001 r., na kanwie kampanii parlamentarnej.

Skorzystali dziennikarze „Rzeczpospolitej”, którzy przeszli już do historii prasy polskiej.

Skorzystało w jakimś sensie nowe SLD-owskie kierownictwo MON. Dymisja Szeremietiewa, wcześniejsza niż upadek rządu Buzka, spowodowała odłożenie kilku ważkich decyzji. To Sojusz rozstrzygnął konkurs na samolot wielozadaniowy (18 mld zł), to Sojusz zakupił od izraelskiej firmy Rafael pociski Spike (blisko 2 mld zł), on w końcu rozstrzygnął wart blisko 5 mld zł przetarg na transportery dla wojska. 18 + 2 + 5 = 25 mld zł.

Jest tajemnicą poliszynela, że Szeremietiewowi nie podobały się amerykańskie samoloty F-16, łącznie z iluzorycznym offsetem. Raz już zerwał podpisany w 1997 r. (jeszcze przez rząd z udziałem SLD) kontrakt na rakiety Rafaela. Nie dopuściłby też, by do przetargu na transporter opancerzony stanął wirtualny fiński pojazd. W interesie powodzenia tych wielkich transakcji leżało to, by zniknął w niesławie.

PS. Artykuł ten nie jest próbą polemiki z autorami tekstu z „Rzeczpospolitej” ani też próbą oceny ich pracy. Byłoby nie fair, gdybym polemizował po trzech latach dysponując materiałem nieporównywalnie większym niż oni przystępując do pisania swojego tekstu. Spróbowałem jednak odnieść się do tego, co z ówczesnych zarzutów ma szanse utrzymać się w sądzie wskazując prawdopodobny mechanizm powstania afery, oraz tych, którzy na niej najwięcej skorzystali.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej