Farmusony redaktor Marszałek

Michał Gracki, NIE, nr 43/2004

Mówią o niej: Ania z Zielonego Wzgórza. Z zielonego, bo zielony jest wojskowy mundur.

Uczciwy dziennikarz śledczy nie może drukować nie sprawdzonych informacji – tę piękną maksymę wygłosiła w styczniu tego roku ostoja redakcji „Rzeczpospolitej” red. Anna Marszałek, jedna z najbardziej utytułowanych dziennikarek młodego pokolenia (Dziennikarz Roku 2003). Jeśli sama w nią wierzy, powinna czym prędzej zrzec się wszystkich tytułów.

Co ma Cychol do Marszałek

Przed kilku miesiącami ukazał się artykuł Dariusza Cychola „Głupota »NIE« i desant lotniczy” („NIE” nr 27/2004). Publikacja opowiadała o mechanizmach, które doprowadziły do dymisji
wiceministra Romualda Szeremietiewa odpowiedzialnego w MON za zakupy. Dymisja ta spowodowała, że został on odsunięty od rozstrzygania liczonych w miliardach dolarów przetargów na
wyposażenie polskiej armii, przede wszystkim zaś przetargu na samolot wielozadaniowy. Nie jest żadną tajemnicą, że Szeremietiew nie był zwolennikiem wyposażenia polskiej armii w amerykańskie szturmowce F-16.

Wszystko to działo się przed trzema laty. 7 lipca 2001 r. dziennik „Rzeczpospolita” wydrukował artykuł Anny Marszałek i Bertolda Kittla „Kasjer z Ministerstwa Obrony”. Mówiąc najogólniej: w MON grasował łapownik Zbigniew Farmus, który dla swego szefa – Szeremietiewa – wymuszałłapówki od firm startujących w organizowanych przez ministerstwo przetargach. Trzy dni po publikacji UOP aresztował Farmusa. Niedługo później do dymisji podał się Szeremietiew, a po niej pracę straciło ok. 30 podległych mu osób.

Mimo tak znacznego upływu czasu, który minął od publikacji „Rzepy”, proces Szeremietiewa jeszcze nie ruszył. Red. Cychol wykazał bzdurność przygotowanego aktu oskarżenia. Zresztą prokuratura stawia w nim zarzuty zgoła inne niż autorka „Rzeczpospolitej” (pokrywa się zaledwie jeden, mało istotny zarzut). Nie zgadzam się jednak z tezą Cychola, że autorka padła ofiarą prowokacji swych informatorów. Z przebiegu procesu, który toczy się przeciwko Farmusowi, może wynikać, że „ofiarą” tą – z sobie tylko wiadomych powodów – stała się ochotniczo.

Pucha Farmusa

5 dni przed ukazaniem się artykułu w „Rzeczpospolitej”, czyli 2 lipca 2001 r., asystent I wiceministra obrony narodowej Zbigniew Farmus wziął wcześniej zaplanowany urlop. Trzy dni po publikacji postanowił spotkać się w Szwecji z córką. W tym celu wsiadł na prom Rogalin i wyprawił się na Bałtyk. Gdy prom był już na wodach terytorialnych Królestwa Szwecji, kapitan otrzymał polecenie powrotu na polskie wody. Kiedy to zrobił, z nieba zniknął wysłany za promem samolot rozpoznawczy, a niedługo później pojawił się helikopter. Komandosi UOP wciągnęli Farmusa do helikoptera i odlecieli na lotnisko Marynarki Wojennej.

Tego samego dnia odbyło się pierwsze przesłuchanie Farmusa w UOP; zatrzymany dowiedział się, że zgodę na akcję wyraził premier Jerzy Buzek. Pierwsze przesłuchanie w prokuraturze odbyło się 12 lipca 2001 r. Farmus od razu trafił do aresztu. Akt oskarżenia sporządzono 24 sierpnia 2002 r. Proces ruszył 14 lutego 2003 r. Farmus spędził w areszcie blisko dwa i pół
roku. Wyszedł za kaucją 18 grudnia 2003 r. („NIE” nr 3/2004).

W jego sprawie zgromadzono kilkanaście tomów akt, z których większość to – jak mawiają prawnicy – „siano”: powielona dokumentacja z pionów podległych Szeremietiewowi, opisy stosowanych w MON procedur przetargowych itp. Kilkakrotnie zmieniano stawiane Farmusowi zarzuty. Za pierwszym razem była to kalka tych podniesionych w publikacji „Rzeczpospolitej”. Do tej pory odbyło się blisko 30 rozpraw. Najbliższą zaplanowano na 19 listopada 2004 r. Jak do tej pory, obrońcom Farmusa doskonale udaje się odpierać zarzuty prokuratury.

Adwokaci chcą udowodnić, że aresztowanie Farmusa było elementem gry operacyjnej służb specjalnych w prowokacji wymierzonej przeciwko Szeremietiewowi. „Rzeczpospolita” była narzędziem w tej grze.

Red. Marszałek zeznawała przed sądem raz, ale za to długo. Blisko 90 proc. czasu poświęciła strofowaniu prokuratury za to, że ława oskarżonych jest niepełna i nie siedzi na niej syn oskarżonego Miłosz Farmus.

Superrura

W nagłówku artykułu Anny Marszałek „Kasjer z Ministerstwa Obrony” czytamy: Przedstawiciel zagranicznego koncernu zbrojeniowego powiedział „Rz”, że Farmus żądał od niego 100 tys. dolarów za załatwienie zamówienia na dostawę haubic. Marszałek zeznała, że informatorem tym miał być Bogdan Letowt z RPA. Dodała też, że dysponuje taśmą z nagraniem tej rozmowy. Letowt stanowczo zaprzeczył w sądzie, by rozmawiał z red. Marszałek przed publikacją jej artykułu. Sąd poprosił więc dziennikarkę o przekazanie taśmy. Tu dopiero odmówiła zasłaniając się tajemnicą dziennikarską. Jeśli dać wiarę Letowtowi, że z Marszałkową nie rozmawiał, to i następna wypowiedź Letowta przytoczona w „Rzepie” jest wyssana z palca: Spotkałem go (Farmusa), kiedy przygotowywano przetarg na haubice. Nasza oferta była jedyną, która spełniała wymagania, cena była najniższa, a dostawy najszybsze. Potem zaczęły się przepychanki wokół przetargu i spotkałem pana Farmusa prywatnie. To było we wrześniu, październiku 1999 r.

Przetarg na wieże do armato-haubic zaczął się w 1996 r. Był on prowadzony przez komisję Huty Stalowa Wola, a nie przez MON. Został rozstrzygnięty w lipcu 1999 r. Z rzekomej wypowiedzi Letowta wynikałoby więc, że Farmus żądał od niego łapówki za rozstrzygnięty już przetarg! W przetargu brały udział firmy z Niemiec, Słowacji i Wielkiej Brytanii. Firmy z RPA tam nie było… Red. Marszałek tłumaczyła, że źle odczytała z taśmy zapis i w publikacji powinien widnieć nie rok 1999, lecz 1998. Z jakiej taśmy?

Ale i z tej opresji mogła red. Marszałek wyjść cało. W artykule napisała, że ma świadka, który potwierdzi, że Farmus żądał od przedstawiciela koncernu 100 tysięcy dolarów. W trakcie procesu nie pojawił się jednak świadek, który potwierdziłby słowa dziennikarki.

Red. Marszałek twierdziła, że za zakupione systemy wieżowe do haubic polski budżet zapłaci pół miliarda dolarów. Dziwne, bo na cały program stworzenia dywizjonu (razem z pojazdami dowodzenia i logistyki) MON przeznaczyło 200 mln zł. Czyli – wedle tego przelicznika – za jedną złotówkę można by kupić 2,5 dolara (aż strach czytać strony ekonomiczne „Rzepy”!). Bzdura? Oczywiście, ale pół miliarda dolarów brzmi przecież lepiej niż 50 mln dolarów…

Usta, które milczą

Marszałek cytowała też anonimowego posła AWS: Powiedziałem Romkowi (Szeremietiewowi) rok temu o docierających do nas sygnałach, że Farmus domaga się od zakładów zbrojeniowych łapówek, a bierze nawet za umówienie z nim spotkania. W aktach prokuratorskich ani sądowych nie ma zeznań żadnego posła AWS potwierdzających zapis red. Marszałek.

Inny cytat z publikacji o kasjerze z MON: Dałem Szeremietiewowi pieniądze na kampanię AWS. – Ile? – pytamy. – Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kiedy jednak już jako wiceminister chciał ode mnie pieniędzy na poczet przyszłych kontraktów z MON, odmówiłem. Oświadczyć to miał przedstawiciel znanej polskiej firmy handlującej bronią. Jaki? Nie wiadomo: nie ma po nim śladu w aktach sprawy…

Farmus zna w naszej branży niemal wszystkich. Słyszałem, jak od szefów konsorcjum francuskiego domagał się 200 tysięcy zł dodatkowo, bo „szef jest niezadowolony, że dostał tak mało”. To miał autorce zeznać doradca prezesa jednej z największych firm handlujących bronią. Kto to był? Nie wiadomo: próżno szukać takiego zeznania w aktach sprawy. Dziwi też istota żądania, bo w tym czasie MON niczego od Francuzów nie kupowało…

Nie znalazł się też inny informator red. Marszałek polityk, współpracownik Lecha Wałęsy, który miał twierdzić, że Szeremietiew podpieprzył pieniądze, które zebrał na kampanię wyborczą Wałęsy wśród ludzi śląskiego biznesu.

Ten kłamca komuch

Ostro zabrzmiał w artykule red. Marszałek inny fragment: Przedstawiciel jednego z zagranicznych koncernów, które przegrały przetarg w MON, mówił mi, i to w obecności dyplomatów ze swego kraju, jak kupował od Farmusa dokumenty. (…) Wymiana odbywała się niemal bez słów. Farmus przynosił żądany dokument i wychodził na pół godziny, a przedstawiciel w zamian przekazywał kopertę. (…) Kiedy mówiłem, że to niemożliwe i zapytałem o dowody, pokazał mi mikrofilm. Miał to powiedzieć znany poseł SLD. Jedynym znanym posłem SLD zeznającym w sprawie Farmusa jest wiceminister obrony Janusz Zemke. Zeznał on jednak, że nic takiego Marszałkowej nie mówił i w ogóle nie ma żadnych dowodów na korupcję w MON…

Warto też chyba dodać, że prokuratura nie zdecydowała się nazwać wycieczki Farmusa do Szwecji ucieczką – jak uczyniła to „Rzepa”. Nie potwierdziła też, że – jak pisała red. Marszałek – miał przy sobie 4 paszporty. Nie potwierdziły się również zarzuty stawiane (w późniejszych publikacjach) młodszemu Farmusowi – Miłoszowi.

Oczy, które kłamią

Przedstawiciel holenderskiej firmy Signall miał powiedzieć Marszałkowej, że rozmawiał z Farmusem w jego biurze przy ul. Klonowej w Warszawie, gdzie asystent żądał od niego 50 tys. dolarów. Rzecz jednak w tym, że Farmus nigdy nie miał tam biura. Przedstawiciel Signalla jednoznacznie też stwierdził, że Farmus siedzący na ławie oskarżonych nie jest tym Farmusem, z którym on rozmawiał! Dodał też, że widział na ulicy „tego Farmusa”, który przyjął go na Klonowej. Podał orientacyjną datę. W tym czasie „właściwy” Farmus siedział za kratami… Szkoda, że prokuratura nie chciała pójść tym tropem.

Dziennikarz roku 2003 Anna Marszałek uprzejma też była napisać, że Farmus nie tylko żądał, ale także brał łapówki. Tym dającym miał być wspomniany już biznesmen z RPA. To, że autorka – jak twierdzi biznesmen – wiedzę tę posiadła nie rozmawiając z nim, świadczy o tym, że rozpowiadał to w gronie swoich znajomych. W sądzie potwierdził to. Zeznał, że na konto pośrednika przelał 20 tys. dolarów. Sąd poprosił o wyciąg z konta, Letowt stwierdził, że nie jest w stanie go dostarczyć. Wskazany pośrednik zaprzeczył i nazwał Letowta wariatem.

Jeśli jednak dać wiarę Letowtowi, to dlaczego dotąd nie objęto go zarzutem wręczenia łapówki? Jeśli wiary nie dać – to co z jego wiarygodnością?

Zielono mi…

Afera Szeremietiewa, w której Farmus miał odegrać niepoślednią rolę, rozegrała się raptem kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi. Wiadomo było wówczas, że ówczesny minister obrony Bronisław Komorowski nie ma szans na utrzymanie stanowiska, bo do władzy parł już SLD. To prawda, że dzięki tej aferze i posunięciu Szarego Mietka, to Sojuszowi przypadło szczęście rozstrzygnięcia przetargów o niebotycznej wartości. Przesadą byłoby jednak twierdzenie, że to ludzie SLD stali za całą aferą. Nie mieli wówczas takiego wpływu ani w WSI, ani UOP, ani w Kancelarii Premiera… Zrobili to byli koledzy Szeremietiewa z prawicy.

Zeznający w procesie Farmusa ówczesny szef WSI gen. Tadeusz Rusak wystawił mu wręcz laurkę. Odciął się od całej tej sprawy wskazując jednak osobę, która sprawowała nad nią nadzór. Był to jego zastępca płk Kazimierz Mochol. Po aresztowaniu Farmusa minister Komorowski sam przyznał w TV, że akcja okazała się klapą: WSI zdobyły gruntowną wiedzę, ale nie zdobyły dowodu. Ta klapa nie przesz-kodziła Komorowskiemu (kandydatowi PO na ministra obrony w przyszłorocznym rządzie) w wystąpieniu do prezydenta o awansowanie Mochola na stopień generalski („NIE” nr 32/2001). Awans ten został skutecznie zablokowany m.in. przez Jerzego Szmajdzińskiego. Awans mimo klapy tak nadętej akcji? Wygląda to na spłacanie przez Komorowskiego jakichś długów wobec Mochola…

Niektórzy informatorzy twierdzą też, że jednym z autorów prowokacji był związany z WSI ówczesny pułkownik, a dziś generał – Paweł Nowak. Po dymisji Szeremietiewa Komorowski uczynił Nowaka dyrektorem Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych MON.

* * *

Dziennikarz śledczy musi zatajać, kto go informuje, jeśli informator tego żąda. Nie może jednak podawać informatorów, a zatajać taśmy z zapisem ich rewelacji. Ani nie sprawdzać choćby prawdopodobieństwa zarzutów, które stawia. Czymże więc jest przedstawiona twórczość red. Marszałek? Dziennikarka z jej doświadczeniem nie drukuje informacji bez ich weryfikacji, nawet gdy ich źródłem są np. informatorzy ze służb specjalnych.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej