Beneficjenci sprawy Szeremietiewa

Marzena Stychlerz-Kłucińska, Tygodnik Solidarność, nr 25/2006

(uwaga: poniżej zamieszczono artykuł w pełnej wersji, natomiast w Tygodniku wydrukowano, ze względów redakcyjnych – objętość – jego część.)

Wiele wskazuje na to, że za zamknięciem ust byłemu wiceministrowi obrony Romualdowi Szeremietiewowi przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości stoją potężne siły. O tym jak potężne niech świadczy choćby fakt, że padają kolejne zarzuty przeciwko jemu i jego asystentowi, a i tak wymiar sprawiedliwości nie zdecydował się na odtajnienie spraw sądowych. Znawcy tematu twierdzą, że „sprawa Szeremietiewa” będzie trwać do momentu fizycznego zejścia bohatera zbrojeniowej epopei III RP.

Najbardziej niepokoi zbieżność działań służb specjalnych i dwójki dziennikarzy „Rzeczypospolitej” Anny Marszałek i Bertolda Kittela, autorów tekstu z lipca 2001 r. pt. „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, od którego oficjalnie wszystko się zaczęło. Niektórzy stawiają wręcz hipotezę, że służby posłużyły się dwójką dziennikarzy w celu zniszczenia wiceministra Szeremietiewa.

– Mam dowody na to, że dziennikarze „Rzepy” w sprawie Szeremietiewa stali się narzędziem w rękach służb – twierdzi Sylwester Latkowski, autor programu „Konfrontacja” w TVP2. Bohaterem jednego z odcinków był Romuald Szeremietiew.

Komu przeszkadzał były wiceminister? Przede wszystkim lobbystom przemysłu zbrojeniowego i niektórym politykom, którym nie podobała się zbytnia dociekliwość wiceministra w wyborze sprzętu dla polskiej armii. Szeremietiewowi jako pierwszemu wiceministrowi obrony podlegał nadzór nad komisjami przetargowymi, dokonującymi zakupów wartych miliardów złotych. Nie trzeba dodawać, jak potężne są tzw. wziątki dla tych, którzy w jakiś sposób przysłużą się firmom, które wygrają przetargi.

Szeremietiew jako jeden z nielicznych cywilnych ministrów resortu obrony cieszył się zasłużoną estymą wśród wojskowych – jako że miłość do munduru w przenośni i dosłownie wyssał z mlekiem matki. Nie tylko sam służył w wojsku, ale zanim objął fotel wiceministra, zrobił doktorat z nauk wojskowych, a w trakcie piastowania funkcji zdobył kierunkową habilitację – więc dobrze wiedział, jakiego sprzętu wojsku potrzeba. I żaden generał nie był w stanie wyprowadzić go w uzbrojeniowe pole.

– Bardzo dobrze mi się współpracowało z wiceministrem Szeremietiewem, ponieważ wiedział o czym mówi. Był generalnie bardzo lubiany i szanowany przez wojskowych – przyznaje generał Jarosław Bielecki, dzisiaj już poza wojskiem, a za czasów Szeremietiewa był koordynatorem w pionie uzbrojenia i infrastruktury, który nadzorował wiceminister.

Szeremietiew obejmował resort z gotowym programem jej unowocześnienia, był członkiem ścisłego kierownictwa AWS i szefem zespołu programowego d.s. bezpieczeństwa narodowego.

– Szedłem do ministerstwa z koncepcją armii i ratowania polskiego przemysłu zbrojeniowego – opowiada Romuald Szeremietiew. – Miałem świadomość panujących układów, ale wierzyłem, że coś zmienię, że uda mi się zrobić coś dobrego dla wojska i Polski.

Szeremietiew chciał m.in. siły zbrojne podzielić na siły operacyjne i terytorialne. Argumentował: wojsko ma dwojakiego rodzaju zadania: z punktu widzenia naszych interesów na arenie międzynarodowej, powinniśmy uczestniczyć w różnych operacjach sojuszniczych i musimy mieć do tego wojsko, które będzie profesjonalne, dobrze wyszkolone i uzbrojone. I sprawa druga, bodaj czy nie ważniejsza, to przygotowanie kraju do obrony w sytuacji, kiedy pojawiają się zagrożenia typu katastrofy, powodzie, terroryzm, do czego potrzebne są jednostki terytorialne, a więc coś na wzór armii szwajcarskiej, gdzie żołnierze na co dzień są cywilami i strzegą swoje najbliższe otoczenie, a na hasło: wkładają mundury i walczą z przeciwnikiem.

W nocy włamanie, w dzień – wizyta dziennikarzy

Blisko pięcioletnia gehenna byłego wiceministra rozpoczęła się nocy z 25 na 26 czerwca 2001 r., kiedy to nieznani sprawcy włamali się do jego biura poselskiego, gdzie mieściła się również siedziba Fundacji Niepodległości Polski. Pomieszczenie zostało zdemolowane, ale zginęła niemal wyłącznie dokumentacja finansowa i rachunki. Traf chciał, że tego samego dnia rano w gabinecie ministra zjawiło się dwoje dziennikarzy „Rzeczypospolitej” Anna Marszałek i Bertold Kittel. Szeremietiew nie umawiał się wcześniej na spotkanie z nimi, ale skoro już przyszli, a zwłaszcza skoro zarekomendował ich rzecznik prasowy ministra mjr. Andrzej Adamczyk, przystał na rozmowę. Szeremietiew, który wielokrotnie w przeszłości bywał przesłuchiwany przez oficerów milicji i Służbę Bezpieczeństwa, podczas rozmowy z dziennikarzami czuł się podobnie: „Dziennikarze stawiali mi kolejne zarzuty, nie słuchając w ogóle odpowiedzi. Byli wyjątkowo napastliwi i pewni swego – wspomina po latach Szeremietiew.

W lipcu 2001 r. dwójka dziennikarzy „Rzeczpospolitej” poddała m.in. w wątpliwość pochodzenie majątku państwa Szeremietiew, a asystentowi wiceministra Zbigniewowi Farmusowi zarzucili dopuszczanie się praktyk korupcyjnych, żądanie łapówek od zagranicznych koncernów zbrojeniowych. I że w rozmowach Farmus miał się powoływać na szefa. Fundację zaś sklasyfikowali jako miejsce dokonywania nielegalnych operacji finansowych. Do aresztu trafił Zbigniew Farmus. Kilka dni później ze stanowiskiem pożegnał się sam Szeremietiew.

Jesienią 2002 r. prokuratura podejmuje dwa śledztwa. Jedno dotyczyło nieprawidłowości w działalności Fundacji Niepodległości Polski (FNP), drugie – mówiąc oględnie – korupcji w MON. W pierwszym – prokuratura zarzuciła wiceministrowi i jego podwładnemu sfałszowanie podpisów na dokumentach FNP i defraudacji w ciągu kilku lat 70 tys. zł. Ekspertyzy grafologów nie pozostawiły wątpliwości: ani Szeremietiew ani Farmus nie fałszowali podpisów, zatem zarzut fałszowania został umorzony. Zrozumienia prokuratury nie znalazły kolejne wnioski dowodowe obrony wyjaśniające przeznaczenia zakwestionowanej kwoty pieniędzy, więc je odrzuciła. W czerwcu 2004 r. prokurator Monika Przybysz przesłała akt oskarżenia do sądu.

Zbigniew Jaskólski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie: „akt oskarżenia dotyczy dwóch osób: Zbigniewa Stefana Farmusa – ówczesnego sekretarza generalnego zarządu i Romualda Szeremietiewa – ówczesnego członka rady Fundacji i mówi o tym, że od 3 września 1997 r. do 16 marca 1999 r. działając wspólnie i w porozumieniu przywłaszczyli sobie powierzone im mienie w łącznej kwocie 73,9 tys zł. I że kwoty te uzyskane z darowizn na rzecz fundacji, wydatkowali na cele nie związane z działalnością statutową, w tym na kampanię wyborczą Szeremietiewa, za co grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności”.

Przetargowa pałeczka zmieniła właściciela

Pani prokurator wnioskuje o przesłuchanie w sądzie 74 świadków i odczytanie zeznań 23 kolejnych osób, wśród nich m.in. jest płk Janusza Zwoliński, dyrektor Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych MON za czasów Szeremietiewa, któremu bezpośrednio podlegała kontrola nad przetargami. Po odwołaniu wiceministra, Zwoliński też stracił posadę. Zastąpił go – na mocy decyzji byłego szefa resortu obrony, dzisiaj wicemarszałka Sejmu i posła PO Bronisława Komorowskiego – płk Paweł Nowak. I to ten ostatni dokonał wyboru i zakupu transportera kołowego i rakiety przeciwpancernej. Płk Nowak dzisiaj jest generałem, awans otrzymał z rąk byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na wniosek następcy Komorowskiego – Jerzego Szmajdzińskiego. Niektórzy zachodzą w głowę, dlaczego zarzut korupcji stawia się tylko Szeremietiewowi i jego asystentowi, a nie osobie, która fizycznie zajmowała się przetargami, czyli płk Zwolińskiemu. W żadnym razie nie sugerujemy, że płk Zwoliński w czymkolwiek zawinił, tylko zastanawiamy się nad wybiórczym podejściem do sprawy wymiaru sprawiedliwości. Skoro jednak niczego mu nie można było zarzucić – płk Zwoliński to kultowa postać w MON i uczciwy człowiek – to dlaczego go zwolniono?. Ponieważ uznano go za człowieka Szeremietiewa? No i dlaczego zarzuty dotyczą osób, które przetargów nie przeprowadzały? Warto też dodać, że kłopoty ma dzisiaj gen. Nowak. Prowadzone jest bowiem śledztwo w związku z jego, a nie Zwolińskiego, zakupami i podejrzeniem o korupcję.

Wracając do sprawy defraudacji pieniędzy Fundacji. Otóż jesienią 2004 r. odbyło się porządkowanie dokumentacji po likwidacji fundacji i – o ironio – odnalazły się oryginały rachunków opiewających na łączną kwotę ponad 80 ty. zł. Okazało się, że włamywacze zapewne na skutek pośpiechu zadowolili się jedynie teczką z kserograficznymi odbitkami rachunków. Obrona Szeremietiewa triumfalnie przekazała owo znalezisko sądowi, pewna, że sprawa przeciwko jej klientowi, skoro nie było przestępstwa, zostanie umorzona. Nic z tych rzeczy. Do dzisiaj sąd nie tylko że nie zdążył rozpatrzyć wniosku obrony, ale też nie wyznaczył pierwszego terminu rozprawy.

Sąd może, ale nie musi

Nie pozostały natomiast bez echa doniesienia „Rzeczypospolitej” o pochodzeniu majątku państwa Szeremietiew. Bowiem najpierw miejscowy urząd skarbowy przeprowadził szczegółową kontrolę ich dochodów i wydatków z kilku ostatnich lat. I stwierdził ich prawidłowość. Ale redaktorzy „Rzeczpospolitej” kwestionowali nadal decyzję skarbowców w artykule pt. „Fiskus zadowolony, prokurator zdziwiony”. Z wyjaśnieniem tychże wątpliwości pospieszyła następnie Mazowiecka Izba Skarbowa, zaś prokuratura apelacyjna zbadała rzetelność tej decyzji, i także nie znalazła niczego nagannego.

Prokurator Jaskólski uciął ostatecznie sprawę wypowiedzią sprzed roku, w której stwierdził, że: „urząd skarbowy nie dopatrzył się żadnych nieprawidłowości. Zresztą ta sprawa od początku nie była objęta aktem oskarżenia.” Dodajmy nie była „objęta”, bo niczego nie znaleziono, ale przecież szukano.

Wojciech Małek, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie wyjaśnia, że sprawę odpowiedzi sądu na składanie wniosków dowodowych przed wyznaczeniem terminu rozprawy, prawo nie reguluje. Zatem jedynie od dobrej woli sądu zależy, czy zechce zebrać się na posiedzeniu przed wyznaczeniem rozprawy i wniosek rozpatrzyć, czy też nie. Kwestia człowieka naznaczonego od dwóch lat piętnem „defraudatora”, nie ma znaczenia. A sądy – tłumaczy sędzia Małek – są zawalone sprawami, więc ukrytych intencji nikt nie powinien się doszukiwać w nie wyznaczeniu od dwóch lat pierwszego terminu rozprawy.

Drugi akt oskarżenia autorstwa prokurator Elżbiety Ciuki dotyczący korupcji w MON wpłynął do sądu także w kwietniu 2004 r.

Po latach śledztwa okazuje się, że zarzuty „Rzeczpospolitej” były co do jednego wyssane z palca. Szeremietiew nie brał ani nie dawał łapówek, nie zdradzał tajemnic, nie ustawiał przetargów, nie wydawał więcej niż zarabiał, fundusze na kampanie Wałęsy i AWS zbierał legalnie, a nadto nie kręcił, nie kłamał i nie oszukiwał. A mimo to sam akt oskarżenia zarzuca: dwukrotne przekroczenie uprawnień w sprawach przetargowych (centrale telefoniczne i samochody osobowo-dostawcze), 2. wymuszenie decyzji (w zamian za obietnice awansu), 3. niedopełnienie obowiązku o ochronie informacji niejawnych i 4. przyjęcie korzyści majątkowej w kwocie ok. 40 tys. zł. Tę korzyść miał stanowić samochód Lancia Kappa, kupiony w Auto Hicie w Tychach za 52 tys. zł., a warty według prokuratora prawie dwa razy więcej. Ale w zamian Szeremietiew oddał dealerowi Fiata własny wóz (Fiat Brava wyceniony na 21 tys. i sprzedany przez dealera za 35 tys. zł), a kupiona Lancia była uszkodzonym tzw. wozem demonstracyjnym – dlatego jej cenę skalkulowano znacznie poniżej wartości. Wg. „Rzeczpospolitej” o wyłudzeniu i próbie wyłudzenia haraczu mówili przedstawiciele przemysłu zbrojeniowego, politycy AWS, SLD, były doradca Lecha Wałęsy. Mówili anonimowo. Żadne nazwisko nie pojawia się. W aktach sprawy też nie ma żadnego nazwiska.

A co do zarzutu o przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego.

– Chodzi tu o zamówienia publiczne – tłumaczy rzecznik Jaskólski – Oskarżony odstąpił od obowiązujących zasad i polecił zmianę kryteriów dotyczących zamówień publicznych w sprawie zakupu samochodów.

– To bzdura do kwadratu – twierdzi Romuald Szeremietiew. – Nie było żadnego odstąpienia. Zmieniono kryteria zgodnie z prawem bowiem chodziło o przeprowadzenie rzetelnego przetargu. Dotychczas warunki były tak ustawione, że w przetargach wygrywała tylko firma Daewoo Poland. Fiat natomiast domagał się równych kryteriów. I miał rację. Gdyż dotąd najważniejszy warunek, czyli niska cena zapewniała wygraną Daewoo. Chciałem zmienić te układy. I pewnie, dlatego zostałem „oskarżony” o wywieranie nacisków w tym przetargu.”

Co do najpoważniejszego zarzutu – korupcji, który złamał kariery obu panów? Od kwietnia 2004 r. kiedy akt oskarżenia wpłynął do sądu, odbyło się kilka rozpraw. Dziennikarze nie mogą w nich uczestniczyć, ponieważ sprawa objęta jest klauzulą tajności. Musimy opierać się jedynie na słowach rzeczników prasowych.

Tajne przez poufne

Dlaczego sprawa przeciw Romualdowi Szeremietiewowi toczy się z wyłączeniem jawności?

Wojciech Małek: proces prowadzony jest z wyłączeniem jawności z uwagi na możliwość ujawnienia tajemnicy państwowej, ważnych informacji dla bezpieczeństwa państwa.

Jakich?

To dlaczego owych tajemnic strzegą m.in. asesorka Iwona Konopka i jeden z młodych prokuratorów Marcin Ejslert.

– Asesor w zakresie orzekania ma takie same prawa jak sędzia, przydzielanie spraw konkretnym asesorom i sędziom odbywa się na zasadzie losowej – zgodnie z przepisami – tzn. asesorzy i sędziowie są uszeregowani w jedną listę alfabetyczną i w kolejności wpływania spraw, są one przydzielane konkretnym osobom. Lista ta jest jawna dla stron, żeby sąd nie manipulował przyznawania spraw. Praktyka i życie jest takie, że warszawskich sądach rejonowych w większości wydziałów jest więcej asesorów niż sędziów. Taka jest proza warszawskiego wymiaru sprawiedliwości.

Z faktu, że rozprawa dotyczy spraw objętych tajemnicą, nie od razu musi wynikać poważny charakter sprawy. Prawdopodobnie sprawa ta nie jest z kategorii najbardziej skomplikowanych, ponieważ – zgodnie z przepisami – gdyby takowa była, sąd rejonowy miał możliwość wystąpienia do sądu apelacyjnego o przekazanie jej – właśnie z uwagi na skomplikowany charakter sprawy do sądu okręgowego, gdzie asesorzy nie pracują, a jedynie pełni sędziowie”. Na marginesie: sąd rejonowy zwracał się o skierowanie sprawy do sadu okręgowego, ale sąd apelacyjny omówił.

W sprawie o korupcję ma zostać przesłuchanych 77 świadków, na co – szacuje sędzia Małek – potrzeba od dwóch miesięcy do lat 10. Wszystko zależy od tego, na jaką okoliczność świadkowie zeznają i czy możliwość wzięcia udziału w tych czynnościach nie są ograniczone np. pobytem czasowym lub stałym zamieszkiwaniem za granicą. Np. w podobnej sprawie, Zbigniewa Farmusa, sprawa trwa już kilka lat z tego m.in. powodu, że świadkowie przebywają za granicą i możliwość ich przesłuchania jest bardzo ograniczona, pomimo że świadków nie jest astronomicznie wielu. Nie twierdzę, że w sprawie Szeremietiewa też tak będzie, trudno przewidzieć.

Czy często zdarza się, że autorzy aktu oskarżenia nie bronią go następnie w sądzie, jak to ma miejsce w sprawie o korupcję w MON?

Sędzia Małek: „Nic dziwnego w tym nie ma. Prokuratura jest organem, który działa jako prokuratura, oskarżycielem jest prokuratura, a nie konkretny prokurator.

Nie odpowiem pani na żadne konkretne pytanie dotyczące zarzutów, które utrzymały się lub zostały obalone, ponieważ sprawa prowadzona jest z wyłączeniem jawności. Dowiemy się, kiedy sąd ogłosi wyrok, o ile uzasadnienie będzie jawne. Wyrok zawsze jest jawny, ale już uzasadnienie niekoniecznie”.

Ordynarna prowokacja

Od samego początku afery, tj. lipca 2001 r. Szeremietiew utrzymuje, że padł ofiarą ordynarnej prowokacji zorganizowanej przez Wojskowe Służby Informacyjne (WSI). Zawiadomił o tym, kogo tylko się dało. Wskazywał nazwiska oficerów, którzy za prowokację tę odpowiadają. Podał nazwiska dwóch swoich byłych współpracowników – którzy przekazali WSI nieprawdziwe informacje na jego temat. Przedstawił oświadczenie jednego ze swoich współpracowników, byłego szefa sekretariatu mjr. Sławomira K., który szczegółowo opisał, w jaki sposób WSI próbowały szantażem zmusić go do złożenia fałszywych zeznań obciążających byłego wiceministra. Najpierw prokuratura długo nie chciała badać tej sprawy. Kiedy ją po wielu interwencjach Szeremietiewa podjęła był on pokrzywdzonym, przez ok. rok, co ma na piśmie przesłanym na jego ręce przez prokuraturę wojskową. W charakterze pokrzywdzonego był też przesłuchany. Następnie we wrześniu 2003 r., prokuratura umorzyła postępowanie „z powodu niemożności ustalenia prawdy”. Okazało się, że jeden z oficerów WSI oskarżonych przez Szeremietiewa, po prostu zniszczył część dokumentów. Był nim mjr Zbigniew Spychaj. Szeremietiew nie mógł zaskarżyć decyzji prokuratury bo nagle przestał być pokrzywdzonym – tak stwierdził prokurator wojskowy? Operację nakłaniania do składania fałszywych zeznań przeciwko Szeremietiewowi przeprowadził płk Mariusz Jędrzejko, przyjaciel ministra Szmajdzińskiego z czasów PRL, były oficer polityczny LWP, a dzisiaj wykładowca Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku, zajmuje się pedagogiką społeczną. To on swego czasu chwalił się płk. Henrykowi D., że był autorem pierwszego artykułu, który ukazał się w „Rzepie”. Dodatkowo, płk Jędrzejko po historii z Szeremietiewem został mianowany asystentem komendanta głównego Żandarmerii Wojskowej (w strukturze Żandarmerii to nie lada awans, bo trzecie co do ważności stanowisko służbowe – po komendancie i zastępcy komendanta). Natomiast mjr Spychaj awansował na stopień podpułkownika i wyjechał na placówkę – jest zastępcą attache wojskowego w Indiach.

– Tak że wszystko dobrze się skończyło – mówi z wisielczym humorem były wiceminister.

Ale to nie jedyni beneficjanci „sprawy Szeremietiewa”, którzy zyskali mniej lub bardziej na dymisji i medialnej nagonce na byłego wiceministra.

Kolejni beneficjanci

Mjr Andrzej Adamczyk, były rzecznik prasowy Szeremietiewa, który złożył obciążające go zeznania, powinien raczej czuć wdzięczność dla byłego szefa, że za pijaństwo nie wyrzucił go natychmiast z pracy, tylko dał czas na znalezienie następnej. Do pracy w MON polecił go dowódca wojsk lądowych generał Zbigniew Zalewski. Po fakcie okazało się, że Adamczyk wcześniej był oficerem politycznym LWP, a wg miesięcznika „Raport – Wojsko – Technika – Obronność” – był on także funkcjonariuszem służb tajnych w PRL. Adamczyk opublikował dwie książki o aferze w MON, pierwsza z nich ukazała się w 2003 r. pt. „F-17 na polskim niebie. Przetarg stulecia – kalendarz wyboru” nakładem wydawnictwa „Ostrowski-Arms”. Jego prezesem jest Andrzej Ostrowski ścigany za podejrzany kontrakt w Iraku, znajomy gen. Janusza Bojarskiego – zastępcy byłego szefa WSI, wcześniej attache wojskowego w USA. Na jednej ze stron książki można przeczytać, że w trakcie przetargu „pojawiły się pewne nieścisłości związane z obsługą konsultingową przetargu na samolot wielozadaniowy (…) temat ten jest wyjaśniany przez warszawską prokuraturę apelacyjną”. Autor nie wspomina jednak, że te niejasności i wyjaśnianie ich przez prokuraturę spowodowane są jego oskarżeniami o łapownictwo Szeremietiewa. I że zarzut nie znalazł potwierdzenia w śledztwie.

Drugą – w 2005 r. pt. „5 dni, które wstrząsnęły MON. Afera Romualda Szeremietiewa” wydała oficyna wydawnicza CB, którego właścicielem wg niektórych, jest b. kapitan SB. Adamczyk próbował udowodnić, że b. wiceminister obrony narodowej brał wysokie łapówki. Nie uwzględnił ani rezultatów śledztwa prokuratorskiego, ani opinii urzędu skarbowego, który po bardzo intensywnym prześwietleniu finansów Szeremietiewa zakończył kontrolę nie dostrzegając żadnych uchybień. Czy to przypadek, że właśnie Adamczyk zarekomendował dwójkę dziennikarzy „Rzepy” wiceministrowi Szeremietiewowi?

Czasowo zyskał podpułkownik Tadeusz Kasprzak, wówczas tymczasowy kierownik Zakładów Wojskowych w Bydgoszczy. Toczyło się przeciwko niemu postępowanie karne: był zamieszany w nielegalne transakcje związane z częściami do samolotów. Po złożeniu zeznań przeciwko Szeremietiewowi, postępowanie uchylono. Wznowiono je dopiero na skutek protestu pracowników zakładów.

Bardzo wiele zyskał Bronisław Komorowski – przede wszystkim przejął kontrolę nad zakupami dla wojska. Pytany dzisiaj o celowość skorzystania z pomocy WSI „w rozpracowaniu Szeremietiewa”, i zlecenia inwigilowania go, odpowiada wymijająco. Twierdzi, że otrzymał wiele sygnałów na temat nieprawidłowości w pionie nadzorowanym przez Szeremietiewa i musiał zareagować. Po chwili zastanowienia dodaje, że te sygnały, to publikacje prasowe, zwłaszcza w „Rzeczpospolitej”. O tej ostatniej dodajmy wiedział zanim ukazała się drukiem. Dlaczego zarządził pokazową akcję aresztowania asystenta wiceministra Zbigniewa Farmusa na promie do Szwecji z wykorzystaniem śmigłowca marynarki wojennej, chociaż Farmus – jak się okazało po czasie – jechał na zaplanowany wcześniej urlop, nigdzie nie uciekał, i prokurator też nie postawił mu zarzutu ucieczki z kraju?

– Zostałem wprowadzony w błąd przez Romka, który obiecał mi, że Farmus nie będzie opuszczał kraju. Stało się inaczej – tłumaczy wicemarszałek.

– Żadnych obietnic nie składałem, ponieważ nikt ode mnie ich nie żądał – ripostuje Szeremietiew. – Nie mógł żądać skoro nie toczyło się żadne postępowanie przeciwko Farmusowi. Na jakiej podstawie można by było ograniczać mu swobodę poruszania się?

Bronisław Komorowski nie przyznaje się również do autorstwa cytowanych w prasie jego słów:„Jeśli się pomyliłem to wiem, że będzie mnie to kosztowało karierę polityczną”. Zapewnia, że tych słów nigdy nie wypowiedział. A tak w ogóle, to nie ma sobie nic do zarzucenia i „swojemu przyjacielowi z opozycji” życzy powodzenia, a zwłaszcza uniewinniających wyroków w sądzie.

Wyjazd na placówkę albo awans

Minister Komorowski nie przypomina sobie też swojego wniosku do prezydenta Kwaśniewskiego o awans dla płk Kazimierza Mochola na stopień generała brygady, który w 2001 r. jako zastępca szefa WSI ds. kontrwywiadu kierował akcją zatrzymania Farmusa. Wojskowi twierdzą, że Mochol liczył na to, że dzięki awansowi uda mu się zostać szefem WSI. Jednak Kwaśniewski funkcję tę przewidział dla swojego protegowanego Dukaczewskiego. Tak więc Mochol awansu na generała od Kwaśniewskiego nie dostał i szefem WSI nie został.

Większość funkcjonariuszy biorących udział w akcji pracuje dziś na zagranicznych placówkach m.in. na Słowacji i w Indiach.

Na aferze Szeremietiewa skorzystało też same WSI. W połowie 2001 r. wiadomo było, że do władzy zmierza SLD, trwały dyskusje, czy po reformie służb specjalnych (likwidacja UOP) w ogóle utrzymać WSI. Argument o doskonałym zabezpieczeniu kontrwywiadowczym MON pomógł tej służbie przetrwać.

Skorzystało też nowe SLD-owskie kierownictwo MON. Dymisja Szeremietiewa, wcześniejsza niż upadek rządu Buzka, spowodowała odłożenie kilku ważkich decyzji. To Sojusz rozstrzygnął konkurs na samolot wielozadaniowy (18 mld zł), to Sojusz zakupił od izraelskiej firmy Rafael pociski Spike (blisko 2 mld zł), on w końcu rozstrzygnął wart blisko 5 mld zł przetarg na transportery dla wojska. 18 + 2 + 5 = 25 mld zł. Jest tajemnicą poliszynela, że Szeremietiew inaczej wyobrażał sobie zakup samolotu i przy nim nie miałby szans iluzoryczny offset. Raz już zerwał podpisany w 1997 r. (jeszcze przez rząd z udziałem SLD) kontrakt na rakiety Rafaela. Nie dopuściłby też, by do przetargu na transporter opancerzony stanął wirtualny fiński pojazd. W interesie powodzenia tych wielkich transakcji leżało to, by zniknął w niesławie.

Z całą pewnością skorzystali też dziennikarze „Rzeczpospolitej”, którzy przeszli już do historii prasy polskiej. Na początku stycznia 2004 r. odbyła się konferencja poświęcona odpowiedzialności mediów za podawane informacje. W prezydium zasiadała red. Anna Marszałek – najbardziej utytułowany dziennikarz śledczy III RP. Wygłosiła maksymę: uczciwy dziennikarz śledczy nie może drukować niesprawdzonych informacji. Jeśli główne tezy jej artykułu po trzech latach nie znajdują potwierdzenia w faktach, oznaczać to może, że mogła paść ofiarą prowokacji. A jeżeli tak było to dlaczego do dziś trwa w błędzie?

Lody powoli pękają

Po pięciu latach nie podejmowania „sprawy Szeremietiewa” przez media publiczne, pod koniec marca Sylwester Latkowski oddał czas antenowy byłemu wiceministrowi w swoim programie na żywo „Kontrontacja”. Program przygotował wspólnie z dziennikarzem „Polityki” Piotrem Pytlakowskim. Romuald Szeremietiew przedstawiał swoją linię obrony w sprawie, którą przed ponad czterema laty uruchomiła publikacja „Rzeczpospolitej”. Szeremietiew przypomniał, że podczas rozmowy z autorami tekstu z lipca 2001 r. czuł się jak w czasie przesłuchań przez Służbę Bezpieczeństwa. Konkluzja programu była raczej jednoznaczna:- publikacja sprzed pięciu lat nie znalazła do tej pory sądowego finału, ale człowiek formalnie niewinny już został osądzony. W domyśle – przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i w nastepstwie tego przez opinię publiczną.

Na odzew autorów publikacji nie trzeba było długo czekać. Kilka dni po programie Anna Marszałek napisała kolejny oskarżycielski artykuł pt. „Naruszone prawo”, w którym przypomniała zarzuty wobec byłego wiceministra i jego asystenta Zbigniewa Farmusa odnoszące się do działań FNP. W obronie dziennikarki głos na łamach zabrała również kierownik działu krajowego Małgorzata Solecka: „Piotr Pytlakowski nie zadał sobie trudu poproszenia autorów tekstu z lipca 2001 roku o komentarz ani o informacje – choćby dotyczące pracy nad tekstem. Jedyną próbę kontaktu z Anną Marszałek podjął Sylwester Latkowski, przysyłając w poniedziałek po 23.00 SMS z prywatną sugestią, że może skomentować wypowiedzi Szeremietiewa przez telefon”. I konkluzja pani Soleckiej: „Program „Konfrontacje” ma wybitnie autorski charakter. Treści tam prezentowane i zapraszani goście nie pierwszy raz budzą kontrowersje. Nie jest to jednak prywatne medium, lecz telewizja publiczna. Jeśli autor programu łamie zasady etyki dziennikarskiej i stronniczo przedstawia problem, a zaproszeni przez niego goście rzucają na nieobecne w studiu, pozbawione szans obrony osoby poważne oskarżenia, telewizja publiczna jest za to w pełni odpowiedzialna”. Nic dodać, nic ująć. Przykro jedynie, że kierownictwo tak szacownej niegdyś gazety nie dostrzega potrzeby przestrzegania takich zasad w przypadku własnych dziennikarzy.

Sylwester Latkowski: „Nie robiliśmy programu w sprawie Anny Marszałek i Bertolda Kittela, ale o sprawie Romualda Szeremietiewa. Uznaliśmy, że prawie po pięciu latach od wybuchu afery, ten skazany na milczenie człowiek ma prawo wyrazić swoje opinie i swoją linię obrony. Program był na żywo, nie podlegał cenzurze i Szeremietiew z tego skorzystał. Ale nazywanie atakiem refleksji byłego wiceministra, że podczas rozmowy z dziennikarzami „Rzepy” czuł się jak w czasie przesłuchań przez SB, to lekka przesada”.

Czy przegrani będę wygranymi?

Latkowski twierdzi, że tylko od dobrej woli redaktor Marszałek zależało, czy zechce wziąć udział w programie, czy nie. Nie chciała. Nie omieszkała natomiast próbować wpłynąć na osoby zaproszone do udziału w „Konfrontacji”, aby tego nie czyniły. Redaktor Marszałek mierzy wysoko. Jako „zaniepokojony głos opinii publicznej”, zatelefonowała do prokuratora krajowego Janusza Kaczmarka. Prokurator zaniepokojenia Anny Marszałek nie podzielił i do studia przyszedł. Moja rozmowa z najbardziej utytułowaną dziennikarką śledczą III RP ograniczyła się do jej kilkusekundowego monologu: „Jesteście pismem nierzetelnym i nie będę z wami rozmawiać”. Po czym usłyszałam trzask rzucanej słuchawki. Można i tak.

Dzisiaj Szeremietiew wierzy w Boga, wierzy też, że Polska niepodległa jest największą wartością, jaką mamy, i wciąż wierzy w prawdziwą przyjaźń. Ci najwierniejsi nie opuścili go w trudnej sytuacji po dymisji, a byli to m.in. koledzy z dawnej działalności opozycyjnej Tadeusz Stański, Tadeusz Bartold, Lech Jęczmyk, Andrzej Zych i Zdzisław Maszkiewicz, przewodniczący radomskiej „Solidarności”. Przez cały czas sympatię okazywali i okazują mu tzw. normalni ludzie i byli jego współpracownicy z MON. Ci, którzy byli lojalni wobec Szeremietiewa, musieli odejść z MON. Wszyscy. Pośrednio wielkim przegranym afery Szeremietiewa był też ówczesny minister sprawiedliwości, obecny prezydent Lech Kaczyński, który 5 lat temu zarządził wszczęcie śledztwa w sprawie przecieków ze służb specjalnych do mediów, a dotyczyło ono m.in. red. Anny Marszałek. Kosztowało go to dymisję, którą wręczył mu premier Jerzy Buzek.

Jak długo jeszcze przyjdzie czekać na rehabilitację człowiekowi tak zasłużonemu dla wolnej Polski jak Szeremietiew? W tajnych inicjatywach antykomunistycznych działał on od 1964 r., za co został odznaczony m.in. krzyżem orderu „Polonia Restituta” przez Prezydenta RP na uchodźstwie, a jako wiceminister ON za zasługi dla bezpieczeństwa Republiki Litewskiej – litewskim medalem „For Merits”. Posiada też odznaki honorowe wielu jednostek WP w tym 1. pułku spec. komandosów, 6. brygady desantowo-szturmowej, jednostki GROM, no i medal 25-lecia Solidarności. Czy choćby zważywszy na wymienione tu zasługi, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości dołożą starań, aby możliwie najszybciej ogłosić sprawiedliwy wyrok w sprawie Szeremietiewa? Byłoby dobrze, żeby jednak jedynymi beneficjantami tej „afery” nie okazali się ludzie słabych charakterów i usłużnych piór.

Sam Szeremietiew z optymizmem patrzy w przyszłość. Wierzy w oczyszczenie przed sądem. Nie wyklucza nawet powrotu do polityki. – „Musiałyby jednak być spełnione określone warunki – zastrzega – Państwo polskie potrzebuje rządów kompetentnych ludzi dysponujących swobodą działania. Najważniejsze jednak, aby strategia polskiej polityki przeważyła nad taktyką doraźnych walk i sporów politycznych. W przeciwnym razie zabiegi o te doraźne cele zawsze doprowadzą rządzących do porażki. Tak było w przypadku AWS. Nie chciałbym, aby to powtórzyło się raz jeszcze.”

Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej