Armia mała i sprawna?

Jedną ze spraw często poruszanych na łamach prasy jest liczebność (wielkość) naszej armii . Co pewien czas słyszymy o konieczności kolejnych redukcji stanów osobowych WP, chociaż dawno już zeszliśmy poniżej limitów (250 tys. żołnierzy), przyznanych Polsce w rokowaniach wiedeńskich traktatem CFE-1. Zazwyczaj słyszymy argument, że Polski nie stać na utrzymanie licznych sił zbrojnych. Zmniejszenie liczebności WP ma dać oszczędność środków i pozwoli wystawić armię mniejszą, ale za to nowocześniejszą.

Pisząc dla tygodnika „Wprost” redaktor Mirosław Cielmęcki zarzucił dowództwu WP uprawianie „kultu armatniego mięsa”, ponieważ sztab Generalny sprzeciwia się dalszym redukcją wojsk. Autor artykułu stwierdził, że w tej kwestii MON i SG WP różnią się w podglądach Zdaniem Cielmęckiego, MON chce zasadnie redukować wojsko, a sztabowcy nierozsądnie to blokują. Polemiczne stanowisko Sztabu wyraził gen. bryg. Edward Pietrzyk, szef Zarządu Operacyjno-Strategicznego. Natomiast pogląd red. Cielmęckiego w pewnym sensie poparł gen. bryg. Stanisław Koziej, dyrektor Departamentu Systemu Obronnego MON.

Zapewne nikt nie wątpi, że w Polsce potrzebna jest „Armia dobrze wyposażona i sprawna operacyjnie”. Warto jednak w tym kontekście ostrzec przed bagatelizowaniem jej liczebności. Zwłaszcza że dotychczasowe redukcje wcale nie poprawiły stanu uzbrojenia WP. Jak zauważył Komendant Akademii Obrony Narodowej, gen. dyw. Tadeusz Jemioło: „Obecna restrukturyzacja „uderza w ilość”, nie przynosząc poprawy jakościowej”. Nie zawsze też mała i dobra armia gwarantuje sukces. W okresie międzywojennym zwolennikiem „małej armii” był niemiecki generał Hans von Seeckt. Zakładał on błyskawiczne natarcie takiej armii i zniszczenie nieprzyjaciela zanim zmobilizuje on swoje siły. Ta teoria organizacji sił zbrojnych została niejako na Niemcach wymuszona. Traktat Wersalski zakazał Rzeszy Niemieckiej posiadanie dużej armii. Wraz z odrzuceniem zobowiązań z Wersalu Niemcy szybko zapomniały o koncepcji „małej armii”. Dodajmy jeszcze, że sukces takiej armii w wojnie zależał wg von Seeckta od gwałtownego i niespodziewanego ataku. Ataku bez wypowiadania wojny! W polskich warunkach, przy zastosowaniu doktryny obronnej, ten „sposób” prowadzenia wojny nie może mieć zastosowania. W przeszłości natomiast ćwiczyliśmy już wojnę obronną za pomocą takiej „małej, sprawnej armii”. Było to w okresie Sejmu Czteroletniego i obrony dzieła Konstytucji 3 Maja. W wojnie z Rosją, w 1792 r., Polska wystawiła ponad 50 tys. żołnierzy. Była to armia dobrze wyszkolona, zaopatrzona i odpowiednio wyposażona. W tych dziedzinach nie ustępowała wojskom rosyjskim, np. wysoką wartość bojową prezentowała polska artyleria, czego były dowodem bitwy pod Mirem, Zieleńcami, Dubienką. Historyk wojskowości, gen. dyw. Marian Kukiel, wysoko oceniał walory tego wojska. W wojnie z Rosją wystąpiły braki w dowodzeniu (zwłaszcza strategicznym), były przykłady zdrady wśród dowódców, jednak najważniejszym brakiem okazała się liczebność polskich wojsk. Gdyby Polska zgodnie z zamiarami rzeczywiście stworzyła 100 tysięczną armię, to sytuacja n polach bitwy byłaby inna. Norman Davies pisze w swojej historii Polski (Boże igrzysko, Historia Polski): „W r. 1791 stosunek liczby przeszkolonych żołnierzy państwa (Polski) do ogółu dorosłej ludności męskiej osiągnął liczbę 1:472. Ta godna pożałowania statystyka nie wytrzymuje porównania z analogiczną liczbą 1:153 we Francji, 1:90 w Austrii, 1:49 w Rosji czy wreszcie 1:26 w Prusach”. Nic więc dziwnego, że na polach bitewne w 1792 r. Polska nie mogła wyprowadzić zbyt wielu żołnierzy. Zabrakło po prostu wyszkolonych rezerw.

W czasie pokoju armia ma do spełnienia w zasadzie dwa zadania: powinna skutecznie odstraszać potencjalnego wroga i szkolić możliwie wielu ludzi, aby można było wystawić odpowiednio liczne siły zbrojne w przypadku wojny. Poszukajmy wzorów dla skonstruowania odpowiedniej doktryny obronnej (wojennej) dla naszego państwa „średniej wielkości”. Nie ulega wątpliwości, że takie kraje jak Szwecja, Szwajcaria czy Izrael dysponują skutecznymi systemami obronnymi. Czy te kraje zrezygnowały z liczebności swych armii na rzecz ich jakości? Okazuje się, że nie. Wspomniane państwa, w warunkach pokojowych, dysponują armiami, które są w stanie zagrożenia rozwinąć się do rozmiarów poważnych liczebnie struktur. Szwajcaria przewiduje mobilizację armii liczącej 700 tys. żołnierzy, co stanowi 10,5% liczby ludności kraju, Szwecja z armią milionową będzie mobilizować 12% ludności, Izrael wystawia w razie wojny 650 tys. żołnierzy – 13,5% z 4,8 milion ludności. Oznacza to, że w naszych warunkach, gdybyśmy chcieli wystawić w czasie „W” armię podobną liczebnością do szwedzkiej, to liczyłaby ona 3,7 mln. żołnierzy, szwajcarskiej – 4,32 mln., izraelskiej – 4,7 mln. Dlatego dbając o proporcjonalną do wielkości Polski liczbę żołnierzy, uwzględniając środki na obronę i jej wymogi, musimy sobie odpowiedzieć jak armia czasu „P.” gwarantuje stosowne przeszkolenie i przygotowanie rezerw. Zapewne powinniśmy poszukać rozwiązań „tańszych” i dokładnie analizować zasadność ponoszonych wydatków. W okresie Sejmu Czteroletniego większość sum wydano na kawalerię. Potraktowano po macoszemu piechotę, która wówczas stała się podstawą wszystkich armii świata. Środki finansowe zostały ściśle rozdysponowane Podobnie można ocenić sensowność wydatków na wojsko w okresie II RP. Dziś także powinniśmy z namysłem rozważyć jakie rodzaje wojsk będą skuteczne w obronie kraju. Zwłaszcza, że tai raj jak Polska musi stworzyć własną, odpowiednią do jego warunków, strategię „odstraszania”, aby Polska nie była postrzegana jako łatwa zdobycz. Mała armia, nawet najbardziej nowoczesna, nie może spełnić takiej odstraszającej roli. Jest oczywiste, że nie możemy rywalizować z mocarstwami w ilości czołgów, rakiet czy samolotów. Możemy jednak przygotować wariant obrony i odpowiednią armię, która będzie wiarygodnym instrumentem siły. Wówczas można zwalczyć bardzo drogie uzbrojenie przeciwnika stosunkowo tanimi środkami obrony. Przenośne wyrzutnie rakiet, różnorodne miny i amunicja prewencyjnego rażenia pozwalają tworzyć wojska skuteczne w obronie. Zamiary rozbudowy wojsk Obrony Terytorialnej, realizowany obecnie przez odpowiedni zarząd SG WP, wychodzą na przeciw tym potrzebom. Jeżeli zdołamy stworzyć wojska OT jako istotny element struktury obronnej RP, to wówczas nasza obrona może okazać się równie skuteczna jak w Szwajcarii czy Izraelu. Błagalne prośby o przyjęcie Polski do NATO nie odniosą skutku, jeżeli Polskę będziemy reklamować jako kraj zagrożony, słaby, wymagający ochrony. Dysponując taki „wianem” nie jesteśmy interesującym partnerem dla NATO. Ponadto może być i tak, że w pogoi za technicznymi parametrami bogatych armii natowskich możemy zapomnieć o konieczności tworzenia narodowego systemu obronnego państwa. Interes narodowy, racja stanu i postulowany model strategii obronnej naszego kraju wskazują, że Wojsku Polskiemu może zaszkodzić aplikowana „dieta bezmięsna”. Technika wojskowa jest ważna, ale wojnę wygrywają ludzie. Przy czym warto zapamiętać słowa wypowiedziane przez chińskiego myśliciela Sun Tzu na 600 lat przed narodzeniem Chrystusa: „Najważniejszym osiągnięciem jest pokonać wroga bez walki”.

(maj 1995)


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej