Afera, czy farsa?

Piotr Nisztor, Gazeta Polska, nr 22/2006

Akt oskarżenia oparty na skradzionej dokumentacji i broszura polityczna, jako główny dowód przestępstwa to kolejne wątki tzw. „afery Szeremietiewa”, która ciągnie się już ponad pięć lat.

Noc z 25 na 26 czerwca 2001 r. do zabytkowej kamienicy przy ul. Lwowskiej w Warszawie dochodzi do włamania. Złodzieje wyłamują zamki i wchodzą do biur Fundacji Niepodległości Polskiej, która mieściła się w kamienicy. Ich łupem pada m.in. teczka z dokumentami finansowymi fundacji. – Rano przyszła do mnie dyrektor mojego biura poselskiego i poinformowała mnie o włamaniu – wspomina Romuald Szeremietiew. – Po trzech godzinach przyszli do mnie dziennikarze „Rzeczpospolitej” i zapytali także, czy fundacja służyła do machinacji finansowych – mówi były wiceminister ON. Sprawców włamania do dziś nie ujęto, śledztwo zostało umorzone. Tymczasem skradzione dokumenty fundacji trzy lata później stały się podstawą oskarżenia współzałożyciela fundacji Romualda Szeremietiewa oraz jego asystenta Zbigniewa Farmusa o wyprowadzenie ponad 70 tys. zł. z fundacji i przeznaczenie ich na kampanię wyborczą partii byłego ministra.

Fałszerstwa nie było

O sprawie Szeremietiewa pisaliśmy już w tekście pt. „Zrobiony na szaro” (GP nr 4/2006). Spektakularne zatrzymanie na promie płynącym do Szwecji ówczesnego asystenta wiceministra ON Zbigniewa Farmusa, kolejne publikacje „Rzeczpospolitej” posądzające byłego ministra o branie łapówek spowodowały, że „wyrok” skazujący bez udziału sądu i prokuratury został już wydany przez media. Tymczasem kolejne zarzuty prokuratury nie potwierdzały się w dokumentach i relacjach świadków. Zeznający przeciwko podejrzanym powiązani z WSI świadkowie składali sprzeczne zeznania. Prawda o „kasjerze z ministerstwa” zaczęła wychodzić na światło dzienne. Jednak mimo wątpliwych dowodów sprawa w dalszym ciągu jest w toku.

Kilka tygodni po opublikowaniu przez nas tekstu o sprawie Szeremietiewa okazało się, że oprócz podnoszonych zarzutów rzekomego łapówkarstwa w stosunku do byłego ministra i jego asystenta, w prokuraturze toczyło się też śledztwo w sprawie o wyprowadzenie przez nich z Fundacji Niepodległości Polski pieniędzy na kampanię wyborczą. Sprawę domniemanego wyłudzenia prowadziła (od sierpnia 2002 r.) prokurator Elżbieta Grześkiewicz. Postawiła obu podejrzanym zarzut fałszowania podpisów na dokumentach fundacji. Według śledczych miało to zalegalizować wydatki, które potem rzekomo trafiły do prywatnej kieszeni byłego ministra. Ekspertyza grafologiczna zlecona przez prokuraturę wykazała, że Szeremietiew i Farmus żadnych podpisów nie fałszowali. Zarzut prokuratura musiała umorzyć.

Prokurator od służb

Kiedy wydawało się, że sprawa jest już zakończona z końcem stycznia 2004 r. śledztwo podjęła prokurator Monika Przybysz., ta sama, która prowadziła sprawę opisaną w tekście „Przejąć Rafinerię” (GP nr 20, 17 maja 2006 r.). Chodziło o oskarżenie porwanego i zastraszonego przez gangsterów i agentów służb specjalnych Jana Załuski o niekorzystne rozporządzanie mieniem w wysokości 10 mln dol. W tej sprawie, podobnie jak w tzw. „aferze Szeremietiewa” jako główni świadkowie obciążający podejrzanego występowali ludzie bardzo blisko związani z WSI. – To nie przypadek – twierdzi jeden z byłych prokuratorów. – Często zdarza się, że sprawy, gdzie przewijają się funkcjonariusze wywiadu prowadzą ci sami „zaprzyjaźnieni” ludzie – uważa.

28 czerwca 2004 r. prokurator Przybysz sporządziła i wysłała do sądu akt oskarżenia wobec Szeremietiewa i Farmusa. Zarzuciła im, że „w latach 1997 – 1999 działając wspólnie i w porozumieniu w wykonaniu z góry powziętego zamiaru przywłaszczyli sobie powierzone im mienie Fundacji Niepodległości Polski (…) w łącznej kwocie 73 907,46 w ten sposób, że kwoty uzyskane z darowizn na rzecz FNP wydatkowali na cele niezwiązane z działalnością statutową, w tym na kampanię wyborczą Romualda Szeremietiewa”. Akt oskarżenia oparła na braku dokumentacji, która zaginęła podczas włamania.

Wspieranie niepodległości

Postanowiliśmy więc sprawdzić na co fundacja mogła wydawać pieniądze. Zgodnie ze statutem celem działania Fundacji Niepodległości Polski jest „współdziałanie z osobami, organizacjami działającymi na rzecz utrzymania niepodległości i wolności Narodu Polskiego, wspieranie działań służących niepodległości i bezpieczeństwu Narodu i Państwa, koordynacja działalności na rzecz utrzymania dziedzictwa narodowego (…) troska o umacnianie wpływów politycznych osób i organizacji niepodległościowych w społeczeństwie polskim”. Statut FNP pozwalał na materialne wspieranie takich organizacji i polityków.

Można więc mieć poważne wątpliwości, co do interpretacji przez prokuraturę roli fundacji jako instytucji prawnej i instytucji życia społecznego. Artykuł 11 Konstytucji RP oraz ustawa o partiach politycznych z czerwca 1997 r. mówią m.in. o możliwość wspierania polityków, których program jest zgodny z celem działania danej fundacji. Wydaje się więc, że zarzucanie zarządowi FNP dokonania nadużyć, finansując kampanię wyborczą Ruchu dla Rzeczypospolitej (którego liderem był Szeremietiew) jest mocno wątpliwe. Tym bardziej, że podobne rozwiązanie od wielu lat stosuje np. Fundacja Konrada Adenauera, która oficjalnie wspiera partie chadeckie: CDU i CSU. Inne partie polityczne w Niemczech również są wspierane przez swoje fundacje.

Prokuratura nie uwzględniła również, że jej argumentacja jest sprzeczna z wykładnią prawa dokonaną przez Sąd Apelacyjny w 1999 r. na temat przestępstwa przywłaszczenia mienia. Zgodnie z nią, Szeremietiew i Farmus nie popełnili tego przestępstwa. Obydwu podejrzanym prokuratura zarzuciła także działanie w zmowie. Tymczasem w uzasadnieniu aktu oskarżenia, przygotowanym przez prokurator Przybysz nie ma o tym słowa.

Broszura zgodna z prawem

Jednym z głównych argumentów prokuratury było to, że w 1997 r. fundacja opłaciła wydanie szczegółowej, siedemdziesięciostronicowej, broszury informacyjnej zatytułowanej„Program Akcji Wyborczej Solidarność w zakresie obronności RP”. Zawierała ona przyjęty przez AWS program ugrupowania z zakresu obronności i kolportowana była podczas kampanii wyborczej jako materiał informacyjny. Według prokuratury było to bezprawne finansowanie kampanii wyborczej Szeremietiewa. Obrona oskarżonych dowodziła, że fundacja poniosła znaczne wydatki związane z drukiem tej broszury. (?????) Wystąpiła w tej sprawie z wnioskiem dowodowym. Jednak prokuratura nie dopuściła wniosku bez podania przyczyny odmowy. Prokurator Monika Przybysz odrzuciła również inne wnioski dowodowe obrony, które wyjaśniłyby w jaki sposób wydawano pieniądze fundacji. Nie uwzględniła też faktu, że Szeremietiew nie był członkiem władz fundacji, a więc nie mógł odpowiadać za sposoby wydawania jej środków.

Odnalezione dokumenty

We wrześniu 2004 r. obrona oskarżonych złożyła w sądzie wniosek o umorzenie postępowania. Argumentowała go „brakiem znamion popełnienia czynów zabronionych przez prawo”. Jednak sąd w ogóle nie ustosunkował się do tego wniosku. – Ze względu na zamieszanie wokół fundacji, szczególnie podważanie jej wiarygodności, postanowiliśmy ją zlikwidować – przyznaje Szeremietiew. Zgodnie z procedurą powołano likwidatora fundacji, który miał czuwać nad prawidłowym przebiegiem tego postępowania . Podczas porządkowania dokumentów, odnaleziono oryginały skradzionych rachunków opiewających na ponad 80 tys. zł. Okazało się bowiem, że łupem złodziei padły tylko kserokopie wykonane przez jednego z członków zarządu fundacji. Dlaczego tak późno zorientowano się, że oryginałów nie skradziono? – Włamywacze zostawili po sobie ogromny bałagan, bowiem buszowali w dokumentach znajdujących się w biurze. Wiedzieliśmy, że skradziona teczka zawierała rachunki FNP, a wybuch afery w MON spowodował, że nie miałem czasu na porządkowanie dokumentó

w na Lwowskiej – wyjaśnia Szeremietiew. – Ponadto po rozpoczęciu śledztwa nie utrzymywałem kontaktów z członkami zarządu, aby nie być posądzonym o mataczenie – tłumaczy b. wiceminister ON.

Odnalezione rachunki potwierdziły wersję zdarzeń przedstawianą przez Szeremietiewa i Farmusa. W październiku 2005 r. obrona złożyła odnalezione dokumenty w sądzie i ponownie wniosła o umorzenie sprawy. Argumentowano, że przestępstwo nie zostało popełnione. Sąd do dziś nie uwzględnił nowych okoliczności i nie rozpatrzył wniosku o umorzenie postępowania. Nie wyznaczył też terminu rozprawy. W dalszym ciągu nie wiadomo więc, kiedy sprawa zostanie zakończona.


Wszelkie prawa zastrzeżone © Romuald Szeremietiew.          Wojsko polskie, MON, Minister Obrony Narodowej